Tralalala

takie tam.

Także dochodzę do wniosku, że w najistotniejszych momentach elokwencja nas zawodzi.


Powoli to do mnie dociera i tak, czuję smutek – wydaje mi się, że każdą świadomą istotę takie wydarzenie w jakimś stopniu porusza, nawet jeśli twierdzi inaczej – tym większy, że zdaję sobie sprawę, iż wkrótce zapomnimy. To nieuchronne, z tym nie da się walczyć. I pozostanie tylko niejasne poczucie wiszącego nad nami… losu? opatrzności?

Najbardziej obawiam się, że wkrótce wszystko będzie jak dawniej.

Dwa dni temu mojemu blożkowi stuknął szósty rok.

No matter what the future brings
As time goes by
.

*zdmuchuje świeczki*

A teraz wracam do nauki prawa, choć Merlin wie, jak wielką mam na to ochotę (i chyba nie tylko on).

Ps. Uwierzylibyście, że tworzenie bloga w tym serwisie jest teraz darmowe? Żądam moich 7 złotych z Vatem z powrotem.

To tak tytułem wstępu. Kolejna porcja absurdu z okresu 05.2008 – 03.2009.


29 maja 2008
1. Happy birthday.
Wszystkiego najlepszego, panie Elfman.
Żyj nam długo, pisz muzykę jeszcze wspanialszą, magiczniejszą niż dotychczas (jeśli to możliwe) i wydaj w końcu kolejną rockową płytę, na którą wszyscy czekamy od 13 lat.

 

 

10 lipca 2008
2. OMGYAY.
To, swoją drogą, niezbyt składne słowo najlepiej określa to, jak się w tej chwili czuję. A jak się czuję? Zoingoboingoizowana, mówiąc w dużym skrócie. A myślałam, że te czasy mam już dawno za sobą. Także tak to wygląda. Dziecko wyszperało w necie stronę z diabelnie trudno dostępnymi kawałkami swojej ulubionej kapeli rockowej i się cieszy. Bo wie, że gdzieś tam w szerokim oraz dzikim świecie istnieją tacy jak ona, dotknięci tą samą manią, i choć nie może z nimi dzielić się swoją szaleńczą radością na żywo, to przynajmniej jednoczy się z nimi duchowo w wirtualnej rzeczywistości. Ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że Dannym nie musi się z nikim dzielić, bo jest w stu procentach, calutki do jej dyspozycji. No, przynajmniej głosowo (a sio, zbereźne myśli!). Ale za to o każdej porze dnia i nocy. No, koniec już z tą trzecią osobą.
Taak. W tym momencie jestem w pełni szczęśliwa. Być może tak czują się młodzi ludzie zwerbowani do sekt po praniu mózgu, nie wiem. Jedno wiem na pewno: niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. Ci, którzy mnie znają, wyłączając siebie, wiedzą, że nie jestem zbyt stałą osobą. I jeśli przytaczam słowa w stylu „nigdy” lub „zawsze”, to albo przedawkowałam kofeinę, albo szykuję poważne wyznanie miłosne (podpowiem, że nie tknęłam dzisiaj nawet pudełka z kawą).
Jak nadal trudno wam zrozumieć, jak się czuję, to skonkretyzuję: mam wrażenie, jakbym cofnęła się do lat siedemdziesiątych, kiedy panowała złota era rocka, a wielkie odkrycia muzyczne i aktorskie dokonywały się w sitcomach albo w autorskich nightshowach, a nie za drzwiami studiów nagraniowych, gdzie za rekomendacją grubej koperty, daleki kuzyn reżysera dostawał główną rolę i zaczynał swoją wątpliwą karierę. Mam wrażenie, że wystarczy odsłonić firanki, żeby zobaczyć idących po ulicach, ubranych w kolorowe stroje fanów wszelakiej muzyki zmierzających na koncerty i poza pogardliwymi spojrzeniami rzucanymi w swoje strony, nie zwracających poza tym na siebie uwagi. Mam wreszcie wrażenie, że gdybym zamknęła oczy i wystarczająco mocno wsłuchała się w płynące z głośników dźwięki, mogłabym również stać się ich częścią.
Dziwne, nie?

 

20 lipca 2008
3. Fantastic!
Mówiłam już, że uwielbiam seriale?
Nie?
No więc: uwielbiam seriale. Poważnie.
Ja wiem, naprawdę – telewizja to wytwór Szatana, ale mimo wszystko…
Czasem potrzebujemy ucieczki od rzeczywistości i gdzie znajdziemy lepsze miejsce do ukrycia się, niż w świecie wyimaginowanych, idealnych bohaterów? I mimo że ich przygody nie nauczą nas prawdopodobnie żadnych podstawowych życiowych prawd, to dadzą nam więcej – moment wytchnienia, podczas którego nie będziemy musieli troszczyć się o własne problemy, otrzymawszy błogosławieństwo zapomnienia (najczęściej trwające do 42 minut, wliczając napisy końcowe).
Efekty uboczne? Niekontrolowane wybuchy radości w mało odpowiednich chwilach. Albo to po prostu moje niesforne skojarzenia, prześladujące mnie na każdym kroku. Tak czy inaczej – jakże się cieszę teraz ze swojej zdolności do nadmiernego zadowolenia, kiedy inni nie widzą już powodów do śmiechu. Bo w sumie to prawie jak dar.


7 września 2008
4. Carry on, baby.
Właśnie obejrzałam finał II sezonu Supernatural. Po raz kolejny. O 11 w nocy. I gdyby tego było jeszcze mało, nie mogłam się powstrzymać i ryczałam przy śmierci Sammy’iego. Po raz kolejny. Czy to czyni mnie niestabilną emocjonalnie? I lepsze pytanie – czy nie jest to wyraźna oznaka szaleństwa?
Eh, dokładnie w takich momentach zdaję sobie sprawę, jak bardzo brakuje mi niektórych rzeczy. Maleńkich, drobnych, z pozoru nieważnych rzeczy. Takich jak…
„You’re my big brother. There’s nothing I wouldn’t do for you.”
Boże, jak ja się cieszę, że żyję w XIX wieku. I wiem, że znalazłoby się na tym świecie mnóstwo plugastwa, na które można by z entuzjazmem ponarzekać. W końcu – ilu ludzi tak robi? Ale wystarczy pomyśleć, o tych wszystkich małych rzeczach, które pchają nas do przodu. Które łączą nas. Racja, brzmi to z tej perspektywy patetycznie – ale to cholerna prawda. A oni zawsze będą naszymi cholernymi bohaterami. Zawsze.

 

20 stycznia 2009
5. Go, go!
Idź, i zrób coś ze swoim życiem, dziewczyno! Przestań się opieprzać, rusz cztery litery i łap za łopatę… no, może nie dosłownie. W końcu nikt nie przyjdzie i nie zacznie za ciebie porządkować twoich brudów. A trochę się tego zebrało. Czas przestać bujać w obłokach i zejść na ziemię, bo tu od ostatniego razu sporo się zmieniło.
Przecież wiem, że nie jesteś głupia. Dobrej woli ci nie brak, tak samo jak zdrowego rozsądku, cierpliwości może odrobinę, ale to da się nadrobić uporem. Choć pierwszy punkt twojej filozofii życiowej brzmi: „Zmiany to samo zło”, to chyba jednak warto coś wreszcie zmienić? Kolor ścian w pokoju, tytuły książek na półkach, miejsce szklanki na biurku – cokolwiek. A najlepiej podejście do życia.
Mam nadzieję, że to pomoże.
Ps. I przestań marzyć o tych… Edwardach. Oni nie istnieją!
PsPs. [dopisek z 1 lutego 2010] Żeby było jasne – nie chodzi mi tu o żadne Edwardy w sensie materialnym czy choćby metafizycznym. Edward to swojego rodzaju metafora, która z biegiem czasu dokonuje przeobrażeń w sferze semantycznej, stając się w końcu manifestem aktu illokucyjnego. I tak, studia wypaczają psychikę.
 

21 marca 2009
6. Ten songs that changed my life.
AC/DC – Back In Black
W dawnych, zamierzchłych czasach, w okresie gdy byłam zafascynowana muzyką filmową i nie słuchałam właściwie niczego innego, zaczęłam oglądać pewien serial, o znamiennym tytule „Supernatural”. Usłyszałam o nim na forum literackim, gdzie pewne użytkowniczki z entuzjazmem rozprawiały o niejakich braciach Winchester, a konkretnie – który z nich jest bardziej seksowny. Poczułam się zaintrygowana, a moja ciekawość kazała mi dowiedzieć się czegoś więcej o tym tajemniczym serialu. No i tak też się stało. Oprócz miłości do braci, która z sezonu na sezon rośnie coraz bardziej, zaraziłam się też miłością do klasycznego rocka, którym prawie każdy odcinek jest szczodrze okraszony. A że już w pilocie pojawiły się dwa utwory AC/DC, nabrałam do tego zespołu niewysłowionego sentymentu. I kiedy już kupię sobie wymarzoną Impalę (zdaję sobie sprawę, że nigdy w życiu nie odważyłabym się jeździć po polskich drogach Impalą – takie przeżycie przepłaciłabym chyba ostrymi palpitacjami za każdym razem, gdybym musiała ją zostawić samą na ulicy… polskiej ulicy)… w porządku, wymarzone auto, w mojej samochodowej płytotece znajdą się na pewno utwory AC/DC, które będą mi bez wątpienia przypominać o chłopcach W. I przy okazji wkurzać innych kierowców, kiedy będę je puszczać na cały regulator w korku w środku miasta, błahaha.

Danny Elfman – Jack’s Lament
Zdaję sobie sprawę, że filmy Burtona (szczególnie te z udziałem Johnny’ego Deppa) z jakiegoś powodu w ciągu ostatnich kilku lat zaczęły cieszyć się wielką popularnością, będąc czymś w rodzaju manifestacji inności (lub raczej: dziwności) i odejścia od hollywoodzkiej mody i nic na to nie poradzę, choć przecież częściowo przez to straciły nieco ze swojej magii… Nie wiem też, czy powinnam się z tego cieszyć, nie wiem też, czy takie rozważania czynią ze mnie osobę próżną (och, ależ jestem przekonana, że nią jestem). Kulturalna ewolucja jednak dała nam możliwość przeżywania jej produktów na nasz własny sposób – w końcu nikt nie musi się przyznawać, że jest fanem tego a tego aktora, albo że o odruchy wymiotne przyprawia go głos tego a tego wokalisty. Cudowna swoboda myśli i wypowiedzi sprawia, że możemy swoje upodobania wyrażać jak nam się tylko to podoba (ale serio, nie ma potrzeby wykrzykiwać tego całemu światu, który naprawdę nie jest tym aż tak zainteresowany). Ale odbiegam od tematu.
Dlaczego ta piosenka? Och, to dość długa historia. Powiem tak – to był pierwszy film Burton/Elfman, który obejrzałam (Batman się nie liczy, bo to przy obiedzie i jednym okiem w zupie, a drugim na ekranie tv) i wprawił mnie w coś w rodzaju… no właśnie, ciężko to nazwać. Obsesja to chyba dobre słowo. Do tej pory uważam, że Danny włożył w tę ścieżkę kawałek swojej duszy, po prostu czuć w niej coś więcej, niż tylko brzmienie jego niesamowitego głosu. Należy też wspomnieć, że ten animowany musical widziałam dziesiątki razy, soundtrack przesłuchałam setki i to w różnych językach, a w każde Święta oglądam go regularnie na TV4 z okropnym (choć nawet pociesznym: ROTF na dywanie dla „Ojej”) polskim dubbingiem. Najmilej wspominanym przeze mnie wydarzeniem będzie chyba spotkanie w jakimś włoskim mieście podczas wycieczki klasowej grupki dziwnie ubranej młodzieży, stojącej na ulicy i śpiewającej właśnie „Jack’s Lament” we włoskiej wersji. Oczywiście – zaczęłam śpiewać razem z nimi, ale poza wymianą uśmiechami nic więcej nie zdążyłam zrobić, bo już pędziliśmy dalej, dalej zwiedzanie i oglądanie. Zawsze coś miłego przytrafia mi się we Włoszech i zawsze będę chciała tam wrócić (czy ma z tym coś wspólnego fontanna di Trevi? – kto wie).

Emir Kusturica & The No Smoking Orchestra – Lubenica
Muszę przyznać, że nie rozumiem ani słowa z tej piosenki, począwszy od samego jej tytułu. Ale to nic, bo jestem pewna, że słowa akurat nie są tu ważne. Kiedyś opisałam koleżance zespół Emira mniej więcej jako „lekko podchmieloną kapelę weselną, tańczącą na stole przy akompaniamencie rozbijanej zastawy”, mając w pamięci świeży jeszcze obraz z filmu „Czarny kot, biały kot”. No ale kto wsłuchuje się w słowa piosenek podczas przyjęcia weselnego? (Szczególnie, jak orkiestra jest zalana w trupa i ma problemy z ich wyartykułowaniem.) Wszyscy liczą wtedy na zabawę do białego rana, okazję do wyśmiania się za wszystkie czasy, dużo wina i wódki, energiczną i skoczną melodię w tle… To wszystko kojarzy mi się właśnie z tą muzyką. To skojarzenie jeszcze się pogłębiło i utrwaliło w mojej pamięci, kiedy miałam okazję uczestniczyć w koncercie Emira & tNSO, który jakimś zrządzeniem losu zjawił się w mojej mieścinie rok temu. Choć jak po raz pierwszy zobaczyłam plakat, myślałam, że to tylko moje halucynacje, które utrzymywały się jeszcze na długo po koncercie. To dowodzi temu, że cuda się zdarzają. Naprawdę.

Grzegorz Turnau – Mój ojciec
Tego pana też nie mogę pominąć przy wymienianiu znamienitych piosenek, choć już nie słucham go tak często jak kiedyś. Piosenka ta przypomina kołysankę, a jej słowa są zaczerpnięte z wiersza Zbigniewa Herberta pod tym samym tytułem. Zwykle trwam przy zasadzie „to nie słowa tworzą muzykę, a muzyka kształtuje słowa”, ale w tym wypadku jest odwrotnie (wyjątek od reguły, zdarza się) – słowa płyną w nurcie melodii i zaczarowują ją w dym z fajki, wyprane firanki i gorzki uśmiech. Żadna tam ze mnie poetycka dusza, żebyście sobie nie myśleli, ale niektóre rzeczy mnie ruszają. Mimo wszystko, preferuję prozę, sztuk jeden, proszę, dziękuję, do widzenia.

Jamie Cullum – Old Devil Moon
Z perspektywy czasu (czas, czas, ciągle przewija mi się to słowo) ten wokalista nie jest jakoś specjalnie wybitny, ma w swoim repertuarze sporo coverów znanych już utworów, przearanżowanych w stylu pop/jazz (ze wskazaniem na lewo) i do tego ma słodką gębę. Ale tak, kiedyś* był jednym z tych artystów, których słuchałam w kółko dla poprawy humoru (*kiedyś=wtedy, gdy muzykę uznawałam głównie za remedium na skołatane, nastoletnie nerwy). No a Dżejmik (tak go nazywa przyjaciółka, która mi podrzuciła jego płytę) ma taki spokojny, kojący głos – nic, tylko go przytulić i zmierzwić czuprynkę. Ach, tak. Nie wiem dlaczego, ale jego piosenki wyjątkowo nadają się do śpiewania pod prysznicem. (Wiem, o czym właśnie pomyślałaś/eś. I to bardzo nieładnie mieć takie myśli, oj nie.) Przez tego pana nawet przez jakiś czas rozważałam karierę śpiewaczki jazzowej, ale pomysł ten szczęśliwie szybko porzuciłam.
Stary, zły księżyc, który nie pozwala mi spać do późna (kawa nie ma z tym nic wspólnego), chichocąc bezczelnie w czeluściach nocy… A mrok zdecydowanie źle wpływa na mój stan psychiczny… Wybaczcie – raczej MhRrOOck, zapomniałam się. Dbajmy o poprawną pisownię i gramatykę w Internecie, kochani.

Jonathan Larson – Rent
Oto dowód na to, że z powodzeniem można połączyć modern musical z rockową oprawą – czyli symbioza, o której istnieniu nie śmiałam kiedyś nawet marzyć. Och, oczywiście, ma on kilka wad, poczynając od zbytniej idealizacji i uproszczeniu fabuły (WTF? przecież mówimy o musicalu, na Merlina!), a kończąc na usterkach w sekcji instrumentalnej… Ale jest to też kolejne dzieło, do którego mam sentyment z powodu osobistego przywiązania. Mianowicie ten musical jest pierwszym, na którym miałam przyjemność uczestniczyć osobiście w szczecińskiej operze – jak i również pierwszy od wielu lat wystawiany w ogóle w moim mieście, więc wiecie – hip, hip – hurra! dla organizatorów. Po obejrzeniu miałam ochotę natychmiast z miejsca jechać do Chorzowa, ale jakoś się powstrzymałam. Co mogę jeszcze o nim powiedzieć? Och, wpada w ucho, to na pewno. Stwarza wokół siebie odpowiednią beztroską atmosferę, czujesz tę bohemę w kościach i chcesz ją przeżyć. Już samo to, że musical wzorowany był na operze Pucciniego o czymś świadczy. Poza tym Mark jest w moim typie, ale nie mówcie tego nikomu.

Led Zeppelin – In My Time Of Dying
Kiedy zastanawiam się, jak usłyszałam o tym zespole, nie mogę sobie przypomnieć. Może zawsze wiedziałam o jego istnieniu, tylko musiałam dorosnąć do jego słuchania. Niektórzy mówią, że wychowywali się na płytach swoich rodziców (tak między innymi moja przyjaciółka [inna od tej, o której wcześniej wspominałam] zapałała miłością do jazzu – zaraziła się nią w dzieciństwie) – no to ja w takim razie wychowałam się na polskich i zagranicznych hitach radiowych, bo w domu mieliśmy jedynie kasety polskich gwiazd i płyty, które zakupiła siostra (której muzycznego „gustu” nie będę oceniać, bo jeszcze to przeczyta i mnie pobije wałkiem). Tak, wychowałam się na tym, lecz wyrosłam na miłośniczkę klasycznego rocka oraz (co nie mniej ważne) soundtracków i muzyki instrumentalnej, w formie ujazzowionej lub uklasycznionej. O czym to świadczy? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że jak już się w czymś zakocham, to będę to kochać do grobowej deski. No bo co, kurczę blade, w uczuciach trzeba być wytrwałym, tak nam mówią na religii przynajmniej. O czym to ja…?
Jasne, Zeppelini. Nie pamiętam swojego pierwszego razu z tym zespołem, ale na pewno jego revival przeżyłam po tym, jak został wspomniany w „Supernatural”, który to serial zresztą jest nadal dla mnie skarbnicą wiedzy o najlepszych zespołach rockowych (chwała Kripke). A mianowicie w scenie, gdy Dean uczy małego chłopca okrzyku bojowego Winchesterów: „Led Zeppelin rules!”. Dlaczego ta piosenka? W sumie mogłam wymienić wiele innych, ale w tym wypadku nie mam wątpliwości, że jest ona moją ulubioną tego zespołu. Nie dlatego, że jest najdłuższa, czy genialnie brzmi w wersji koncertowej, nie. Ma wspaniałe, „przewlekłe” intro, a pierwsze słowa śpiewane są z taką jęczącą skargą, że to urzekające. A potem zostaje już tylko sama esencja tej niepowtarzalnej ledzeppelinowatości. I chce się wyć ze szczęścia i tęsknoty. Czyli tak, jak być powinno. Khem, khem, khem.

Oingo Boingo – Grey Matter
Tak, wybrałam ten tytuł, żeby być konsekwentna (jak w nagłówku „10 songs”), ale tak naprawdę to nie ma żadnej piosenki tego zespołu, którą chciałabym wyróżnić. Są takie, które słucham częściej o innych, są wreszcie takie, których słucham tylko w określonym nastroju, jednak nie ma lepszych. Bo Oingo to dla mnie sposób myślenia, sposób na życie i sposób na uporanie się z tym życiem.
Do Oingo przekonał mnie z początku Danny – po NBC miałam chrapkę na coś więcej, ale po usłyszeniu paru piosenek… zupełnie ich nie strawiłam. To było w okresie muzyka-instrumentalna-przewyższa-wokalną i po prostu nie lubiłam za bardzo takich brzmień. Na szczęście, jak głosi mądre, staropolskie powiedzenie, „gusta się zmieniają” i pewnego razu, przeglądając muzyczną biblioteczkę natknęłam się ponownie na ten zespół. To była miłość od drugiego wejrzenia (co, nie wiedzieliście, że taka istnieje? W ogóle, taka mała dygresja – często i gęsto rzucam tą miłością, jakby tak łatwo nią było kogokolwiek obdarować, ale musicie mi to wybaczyć, bo w dzieciństwie nie zaznałam jej wystarczająco i teraz odbijam sobie na wszystkich wokół, nie wyłączając oczywiście nieznanych mi, rudowłosych mężczyzn zza oceanu). Wtedy zwróciłam większą uwagę na słowa (angielski nie stał jeszcze u mnie wysoko, ale dzielnie się uczyłam, pochłaniając tony fanfików), zaczęłam podśpiewywać, rozbierałam kolejne piosenki na części, wyłapywałam instrumenty (hobby z młodości), czekałam na momenty, w których głos Danny’ego jest bardziej zachrypnięty, potrafiłam słuchać jednej piosenki 20 razy dziennie i wciąż nie mogłam się nią nacieszyć… do diabła, czego ja nie robiłam? (Chyba tylko brakowało, żebym wybudowała ołtarzyk i składała w ofierze jakieś bezbronne zwierzątka.)
Do tej pory wszyscy moi znajomi wiedzą już o mojej obsesji. Niestety, nie udało mi się znaleźć bratniej duszy, z którą mogłabym się nią dzielić. Ale właściwie – czy tego chcę?


Stephen Sondheim – Pretty Women/ Epiphany/ Little Priest

Wiem, to małe oszustwo z mojej strony, ale wyjaśniam – traktuję te trzy piosenki jako nierozerwalną całość, bo razem tworzą sedno historii o której opowiadają, coś na kształt literackiego modelu „rozwój akcji-punkt kulminacyjny-rozwiązanie”, a że jedno nie może obyć się bez drugiego… Te trzy utwory łączy osoba Sweeneya, szalonego balwierza (odmawiam nazywania go golibrodą, ponieważ to profanacja), który po utracie żony zaprzysiągł zemstę na wrednym sędzi Turpinie i robi wszystko, żeby ją osiągnąć. W końcu jego marzenia się ziszczają – sędzia, nie poznając go po 15 latach wygnania, zjawia się w jego progach prosząc o golenie. W zaszlachtowaniu nikczemnika przeszkadza mu jednak narwany młody żeglarz i Sweeney musi wyładować swoją złość, wywijając dzierżoną w dłoni brzytwą (na szczęście nikomu nie staje się krzywda… jeszcze). Kiedy opada z sił, jego towarzyszka, pani Lovett, wpada na genialny pomysł rozruszania cukierniczego biznesu przy pomocy pasztecików z ludzkim mięsem. Historia pisana na faktach.
Pewnie wielu ją zna, w końcu i ja najpierw obejrzałam film Burtona (jak na niego, to średni), zanim sięgnęłam po broadwayowski oryginał, który stał się moim ulubionym musicalem, nawet jeśli jakość nagrania z 1982 roku nie powala. Znam go na pamięć, każdy ruch, każdą minę na twarzach aktorów, każde zdanie (no, do dzisiaj trochę już zapomniałam, ale większość potrafię jeszcze przywołać). Sama dopasowywałam angielskie napisy (kto chce, niech pisze, to podeślę), żeby lepiej rozumieć szybko wymawiane kwestie. A historia, historia… piękna i tragiczna. Bo co można jeszcze powiedzieć o arcydziele, oprócz banalnego stwierdzenia, że jest arcydziełem?

Franz Schubert – Erlkonig
No i ostatni utwór, bez żadnych fajerwerków, ale za to z głośnymi fanfarami, klasyk i wielkie dzieło światowej muzyki poważnej ze słowami wiersza Goethego. Wspominałam, że nie jestem zażartą wielbicielką poezji, ale to właśnie ona najsilniej działa na świadomość i ma więcej wspólnego z muzyką, niż dzieła epickie (rymy, rytm, harmonia i równowaga wszechświata, taak…). A więc „Erlkonig”. Musiałam nauczyć się go recytować w gimnazjum na lekcje realioznastwa, także z początku szczerze nienawidziłam tego wiersza. Ale kiedy usłyszałam je w wersji Schubertowskiej… Przeszły mnie dreszcze. I nie była potrzebna cała orkiestra do zbudowania nastroju, wystarczyło tylko pianino i tenor. Przy okazji zaczęłam doceniać precyzję, z jaką instrumenty potrafią imitować zwykłe dźwięki i uczucia: tętent konia, szum wiatru, trzask gałęzi, napięcie, podniecenie, nadzieję… i to, że wyrażają je czasem lepiej, niż słowa i gesty.
Nie o wszystkim można napisać, wiecie. Czasem trzeba usiąść i zwyczajnie posłuchać.

Ten blog chyba niedługo stanie się oficjalnym archiwum notek z wszystkich moich blogopodobnych tworów. Wpisy z kolejnego okresu:

1. A to wszystko, bo…
17.10.2007 o 22:19 

…”ona ma w sobie demooonaaa!”

 
Rzeczywiście, tak się to zaczęło. A potem reszta potoczyła się już sama.Jako że jest to pierwszy wpis, wypadałoby napisać szerzej coś o sobie.Nie cierpię bezmyślności, głupoty i próżności. Cenię sobie dbałość o estetykę i dobry styl pisma, ludzi z pasją i jasnymi celami w życiu, bogate wewnętrznie osobowości z nutką szaleństwa (takie jak ja).Jak widać, nie należę do zbyt skromnych osób, a moje mniemanie o sobie sięga stratosfery, ale jeśli nadal masz ochotę zmierzyć się z Mistrzynią Ironii i Cynizmu, zawsze możesz zaryzykować i zapukać.Prawdopodobnie nie otworzę, ale nie zaszkodzi przecież spróbować.

W każdym razie, witam wszystkich serdecznie.

2. Sapere aude.
19.10.2007 o 15:10 

Wiecie, dlaczego lubię blogi? Bo nie trzeba tu udawać kogoś mądrzejszego niż w rzeczywistości się jest (bądź w moim przypadku: kogoś głupszego, niż jestem; ach, ta moja wrodzona skromność…). Możesz napisać o najdziwniejszych rzeczach jakie ci chodzą po głowie i nikt nie będzie sobie z ciebie drwić (a jeśli będzie, wystarczy że skasujesz jego komentarz i o wszystkim zapomnisz). Możesz zwierzyć się ze swoich najgłębiej uchowanych sekretów paru nieznajomym osobom i czerpać radość z tego, że teraz i inni o nich wiedzą (a nuż i ten jedyny w jakiś sposób dowie się o twoich od dawna skrywanych do niego uczuciach?). I w końcu, możesz przekształcić swoje uczucia w słowa, frazy i wiersze – tych wspaniałych, nigdy nie zapominających, świadków twojego życia.

Osobiście nie mam potrzeby dzielenia się z innymi swoim zdaniem. Lubię za to czasem podroczyć się z moim piórem i spróbować przelać swoje myśli na papier (moich literackich wyczynów nawet nie staraj się odnaleźć, gdyż nie przypuszczam, by wyszło ci to na dobre), ale szybko przekonałam się, iż wyglądające na całkiem niewinne narzędzie piśmiennicze, wcale nie chce ze mną współpracować, a co więcej – robi wszystko, by w procesie twórczym mi przeszkodzić! (Lepiej się strzec zawczasu przed takimi wrednymi przyrządami).

Żadna jednak siła na tej ziemi nie powstrzyma mnie przed pisaniem (poza może pojawieniem się w swoich własnych, boskich osobach braci W., ale ich już śmiało można zakwalifikować pod kategorię mocy supernaturalnych) i oto wbrew wszelkim przeciwnościom losu (typu: upiorna nauczycielka geografii, pokrętne modele atomów  i śmiercionośne zdania z wielomianami) zjawiam się, obnażając przed wami swoje wnętrze i poddając je waszej ocenie.

Ha, i kto teraz powie, że nie potrafię dotrzeć do tłumów? Sam Arystoteles nie mógłby konkurować z moją zdolnością perswazji.

Ps. Aniu, zdjęłam zgodnie z twoim życzeniem to zdjęcie. Ale nie martw się – znajdę bardziej odpowiednie.
Ps2. Marto, masz się zalogować, albo zacznę tu umieszczać kompromitujące cię fakty. To nie była groźba (tylko zapowiedź). 

 3. Refleksje zebrane.
27.10.2007 o 23:46

 
Przelotna chwila, niejasne i nie do końca zidentyfikowane wrażenie, ulatujące w mgnieniu oka. Nieuchwytne. Niemożliwe do upolowania (bądź  do przyszpilenia do kartki ostrą stalówką). Nie wiem jak wy, ale ja nienawidzę tego uczucia… straty? Zastanawiam się potem wiecznie, czy to było ważne, czy myśl ta kiedyś ponownie mnie nawiedzi, czy pozostawiła po sobie jakiś niewidoczny ślad?Czasem chciałabym mieć pamięć Białego Wieloryba. Choć niepamięć też ma swoje zalety.Podobno wykorzystujemy tylko setną część swojego mózgu. A gdybyśmy mogli spożytkować go w całości? Jakimi torami poruszałyby się nasze myśli? Do czego dążylibyśmy? Czy potrafilibyśmy znaleźć wszystkie odpowiedzi, dysponując takim precyzyjnym narzędziem poznania?
E.T., przybywaj!

Swoją drogą, pokłony ode mnie w stronę pana Johna Williamsa za skomponowanie najpiękniejszej (no, może po „Edwardzie Nożycorękim”) ścieżki filmowej jaką widział świat.

Tak mnie jakoś ostatnio więzło na refleksje na temat sposobu ludzkiego myślenia. Nie wiem, może to wpływ zagrzebania w oświeceniu (Kanty, Kartezjusze, Woltery i inne nowożytne wykształciuchy), albo po prostu potrzeba publicznego popełniania pseudofilozoficznych (łał, aż sześć „p”) wynurzeń, które ktoś kiedyś użyje, by mnie oczernić. W przyszłości. Jak już będę tą błyskotliwą, wredną dziennikarką z CNNu.

Taa, pomarzyć zawsze można. Zresztą wcale nie interesuje mnie CNN. Chciałabym za to pisać felietony do jakiegoś regionalnego magazynu, gdzie mogłabym do woli narzekać na cały okrutny świat, odpowiadać na listy do psychologa i prowadzić dział z przepisami od czytelniczek, chociaż nie mam fioletowego pojęcia o gotowaniu, nie mówiąc o pieczeniu.
Oto, co chciałabym robić.
Może jeszcze od czasu do czasu wyskrobać jaką opowiastkę dla kobitek. Ewentualnie mrożący krew w żyłach horror, czy głęboki i poruszający dramat biograficzny. I liczyć na jego wydanie po mojej śmierci. Ale nie popuszczajmy za bardzo wodzy fantazji.

Ha, widzicie? Ironia wróciła, a wraz z nią nieodłączna Wena. To chyba dobra prognoza na nadchodzącą jesień.


 

4. Głównie narzekanie.
10.12.2007 o 22:14 



Muzyka ma w sobie coś oczyszczającego. Jak dotyk bryzy na skórze w upalny dzień. A może raczej jak fala obmywająca nasze stopy i z każdym nadejściem grzebiąca nas w mokrym piasku coraz głębiej. O tak, unosząca nas coraz dalej i dalej w głąb morza… I gdy pewnego dnia w końcu się odwrócimy, nie ujrzymy za sobą brzegu.Ale co tam. Zawsze lubiłam pływać. A przynajmniej starać się nie utonąć. W gruncie rzeczy to mi właściwie najlepiej wychodzi. Sparafrazujcie sobie sami.

Zima nadchodzi, a ja, o dziwo, czekam na nią z utęsknieniem, co przy mojej tolerancji na chłód jest bardzo podejrzane. Pal sześć licho Święta, ale wolność – niech już będzie te marne dziesięć dni – to coś, czego w tej chwili mi potrzeba. Miami, malibu z parasolką i ja. Dex, masz na mnie zły wpływ, ty niegrzeczny potworze.

Ciekawe, co w tym jest, że płeć piękną bardziej dzisiaj pociągają podłe dranie niż panowie pozwól-że-podniosę-twoją-chusteczkę. Może to coś z hormonami? Taak, to na pewno coś z nimi.
A Snape dzisiaj u mnie nocuje.

Czemu jutro nie może być sobota?Okej, wiem czemu, ale to i tak wciąż mnie drażni.Cholerna szkoła i cholerne wstawanie o wpół do siódmej.Danny, przytul mnie.

(I tak udało mi się zawrzeć w jedynym poście imiona trzech z czterech ukochanych przeze mnie facetów. Czy to oznacza, że powoli zaczyna dawać mi się we znaki znamienny dla tej pory roku brak światła? Chyba potrzebuję paczki chusteczek. Albo nie, najpierw pójdę poszukać mojego Księżyca.)

Cholerna, bezksiężycowa noc.


 

5. My god.
11.12.2007 o 22:24 



Oingo BoingoInsanity (1994)  

 6. Sentymenty.
16.01.2008 o 21:39





To on. Facet, którego możecie minąć na ulicy nawet na niego nie spojrzawszy. Czarny płaszcz, czarna koszula, czarne rozwichrzone włosy. Blada, pociągła twarz, długa i chuda szyja. Może jest atrakcyjny, może nie – to nie ma znaczenia. Bo gdy bierze do ręki pióro, wszystko przestaje się liczyć. Oprócz historii.

To właśnie jest znakomite w pisarzach – biorąc do ręki ich książkę, nie musisz ich znać, ale mimo wszystko to swojego rodzaju zaproszenie. Chodź do mnie, pokażę ci skrawek swojego świata, zaprowadzę cię do niego. Tylko daj mi rękę. A my możemy się zgodzić… bądź nie. Zawsze też możemy się wycofać, jeśli nie odpowiada nam poczęstunek jaki zaoferował nam gospodarz. Podziękować, wyjść, odłożyć książkę na półkę.

Zdarza się jednak, że sam poczęstunek nam już nie wystarczy i zdajemy sobie sprawę, że łakniemy czegoś więcej, następnych kęsów, łyków, stajemy się coraz bardziej łapczywi, chciwi, niecierpliwi. Aż w końcu na stole nie pozostaje już żadne danie, a my musimy zadowolić się resztkami kąsków, które utknęły między zębami, ewentualnie zbieraniem okruszków i oblizywaniem talerzy. To wszystko co zostaje po uczcie.
I jeszcze to okropne, rozdzierające poczucie tęsknoty, gdy zwietrzymy gdzieś znajomy zapach, a w ustach poczujemy znów słodko-gorzki smak.

Logicznie rzecz biorąc nie jest możliwe, by poznać kogoś tak totalnie i dogłębnie, żeby nie cieszyć się na ponowne z nim spotkanie. Tylko w pewnym momencie, dochodzimy do niego powoli, zawsze powoli, ale nieuchronnie, kiedy nasza znajomość staje się tak naturalna i normalna, że przyzwyczajamy się do czyjejś obecności – co jest jednocześnie najwspanialszą i najgorszą rzeczą, jaka zdarza się w związku (z braku lepszego słowa, używam to, narzucające nieco zbyt niechciane skojarzenia) – po prostu wszystko zaczyna być obdarte z pewnej dozy tajemnicy, staje się męcząco przewidywalne. Wiesz, jakie będzie następne słowo, wiesz, jak odpowie na zadane przez ciebie pytanie i mimo że nawet czasem cię czymś zaskoczy, zdajesz sobie sprawę, że nieoczekiwany prezent nie przyprawia cię już o te przyjemne ciarki, co kiedyś.Oczywiście, potrzebujemy takich znajomych miejsc, osób, wspomnień, do których można powrócić. Bez nich zgubilibyśmy się w chaosie, jeszcze przed początkami świata. Ale zerwanie… nie, raczej rozluźnienie znajomości bywa zwyczajnie trudne. Kiedy dociera do nas, że musimy opuścić gościnne domostwo, gdzie czujemy się lepiej niźli u siebie, kiedy przychodzi czas, by porzucić wygodne siedzisko na fotelu przed kominkiem gospodarza… to zwyczajnie trudne. A przecież nie zostawiasz tego miejsca na zawsze, będziesz mogła je odwiedzać (… jako gość, szepce cichy głos w twojej głowie), jeśli tylko przyjdzie ci na to ochota.

Ale to już nie to samo, co wygrzewać się przy ogniu, słuchając opowieści snutych głębokim, spokojnym głosem. Teraz już znasz ich zakończenie.
Wszytko ma swój początek i koniec. Co za cholerna prawda. Kiedyś nadejdzie nawet kres mojej bezmyślności. To będzie dopiero dzień.

A tymczasem pan Neil zaprasza na herbatkę.


I wciąż uczę się jak dojść do sedna i przekazać to, co zamierzam przekazać. Próbuję znaleźć odpowiednią drogę. Co nie przeszkadza temu, że pisanie bzdur (cóż, wyobrażam sobie, że dla osoby postronnej – czyli wszystkich poza mną – muszą to być kompletne brednie) nieprzyzwoicie mnie relaksuje. Nie zaszkodziłby też mały masaż karku, ale nie można mieć wszystkiego, niestety.

7. Siódmy Pot-ter*
26.01.2008 o 10:52 

Pottera czytam.

Schowana, nie szukać.

Ps.: Jo, jak mogłaś nam to zrobić?
Ps2.: ZGREDEK! ! ! *depresja*
Ps3.: Czy to naprawdę już… koniec? *chwila namysłu, po której następuje triumfalny okrzyk* Nie ma mowy! Są  jeszcze fanfiki. A fanfiki są przecież wieczne. Każdy o tym wie!
Ps4.: A za pominięcie „snape’okształtnej dziury” chętnie zdzieliłabym Polko patelnią. Ale ogólnie rzecz biorąc dobrze się spisał nasz staruszek, niech się w końcu wybierze na zasłużone wakacje.
Ps5.: Mam ochotę coś napisać. I to baaardzo wielką ochotę. To nie może skończyć się dobrze. 

* bo pani ze Świata Książki wie najlepiej


 

8. Butelki, pieniek i garść dolarów.
15.02.2008 o 00:06


Mam dobry humor. To znaczy – miałam go cały dzień, ale uznałam, że teraz jest właściwa pora, by to zakomunikować. Mniej więcej.
W każdym razie, przed trzecią przekroczyłam już swój dzienny limit wypowiedzianych słów, a nadmiar świeżego powietrza przyczynił się do fatalnego w skutkach uwolnienia nadmiaru endorfiny. A potem było już tylko gorzej (lub lepiej – zależy z której strony patrzeć).

Odkryłam, a może raczej zdałam sobie sprawę (bo to, czy lubimy coś, czy też nie, nie zależy zupełnie od nas; to siedzi w nas głęboko i z biegiem czasu możemy tylko odnajdywać swoje  upodobania), że uwielbiam czeskie filmy. A konkretniej – czeski humor. Co jeszcze potęguje fakt, że język ten tak wspaniale brzmi w konfrontacji z polskim. Chwilami napisy są po prostu zbędne.

A tymczasem wsłuchuję się w – i to nie żart – westernowskie melodie, autorstwa pana Morricone. To musi mieć coś wspólnego z… przyciąganiem Księżyca? Prawdę mówiąc, to nie mam pojęcia z czym. Chyba tylko taki okres.

No i nie załapałam się na czternastego. A niech to szlag.


 

9. „They all deserve to die…”
24.02.2008 o 21:06 

„Tell you why, Mrs. Lovett, tell you why?”

Eh, któż pojmie moją miłość do musicali?


Jest nieśmiertelna.


Któż wmówi mi, że Burton to zwykły człowiek?


Przecież ja go kocham.


Któż wytłumaczy mi, dlaczego czuję ciarki na dźwięk tego głosu?


Chcę go słuchać wiecznie.


Za króciutką chwilę zapomnienia oddam wszystko.


 

10. Sprzedawca broni.
17.03.2008 o 21:53 

Nie ma to jak książka napisana przez twojego ulubionego aktora. Co prawda, napisana dziesięć lat temu, kiedy jeszcze nie miałaś o jego istnieniu fioletowego pojęcia, ale to szczegół.


„Przy tej książce będziesz śmiał się na cały głos.”
Independent on Sunday 

Powinni mnie ostrzec o tym zanim po nią sięgnęłam. Panie z „Empika” były nieco… zbite z tropu moją niewyjaśnioną radością, której dałam wyraz wybuchając głośnym śmiechem – podejrzewam, że doskonale słyszalnym jeszcze kilka pięter niżej, znając mnie – i próbując szybko go stłumić, na wszelki wypadek chowając się wcześniej w dziale literatury pięknej.
Nie ma to jak książka, która póki co jest poza zasięgiem i którą chciałabym przeczytać, a nie mam aż tak nieograniczonej ilości czasu, by ślęczeć kilka godzin w sklepie, jak w przypadku… pewnym innym przypadku, tak.Cóż, niedługo mam urodziny. A wcześniej… a wcześniej jest Dzień Dobroci Dla Fanek Lauriego, o! Nie widzieliście? W tym roku wypada dokładnie w tą niedzielę! Zaznaczcie sobie tę datę w kalendarzu i wspomnijcie mnie wtedy łaskawie.

11. Dzisiejszego dnia ómarłam.
26.03.2008 o 21:42 

Dzisiaj dowiedziałam się od mojej polonistki, że mam dysleksję. Częściową, ale zawsze.Czuję się jak kaleka językowa. Słowa przekręcają mi się pod palcami, a ja nic nie mogę na to poradzić.
Help! Nie chcę skończyć jako grafomanka. *Ma doła*
Z innych wieści: czas w dalszym ciągu umyka.

Może ktoś z was mógłby mi polecić jakieś skuteczne czasołapacze?Nie?A co ze zbędnym biletem na „Upiora” w Romie…?Też nie?No, doprawdy! Czy ja naprawdę tak wiele wymagam?Sama sobie na to odpowiedz. 

A co, rozdwojenie jaźni jest w końcu w modzie.


Edit:
Jednak nie jestem dyzlekdyszką! Uff, a już myślałam, że nie ma dla mnie ratunku. I nawet deklaracje maturalne (o zgrozo! Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę!) nie są w stanie stłumić mojej nowonarodzonej miłości do życia.


 

12. Zmieniacz czasu, poproszę.
03.05.2008 o 23:19


Przyszłam, żeby coś napisać, bo pomyślałam (bardzo rezolutnie, zresztą), że dawno już nie brałam pióra do ręki i jeśli ta sytuacja się jeszcze bardziej przeciągnie, mogę wyjść z wprawy, co by było olbrzymią tragedią dla ludzkości, jako że w nadchodzącym czasie zamierzam wydać bijącą wszelkie rekordy popularności powieść, więc moja dobra forma literacka ma w tym przypadku duże znaczenie dla moich potencjalnych czytelników, jeżeli tylko się takowi kiedyś znajdą, amen. Ach, jak ja to zawsze powtarzam – skromność przede wszystkim. Ta rzadka już dzisiaj cecha charakteru, skądinąd wysoko ceniona przez różne ważne osobistości (weźmy dla przykładu takiego… pff…), ma przed sobą świetlaną przyszłość, ja to czuję.
 

Taak. Więc po Makaroniarzach przyszedł czas na Żabojadów. Wieżę Ajfla zaliczyłam, Luwer takoż. Dzielnicę Różowego Wiatraczka i Chatę Da Vinciego też mam za sobą. Mimo wszystko… trudno mi przyzwyczaić się do tego kraju jako do części Europy. Prawdę mówiąc, trudno w ogóle przyzwyczaić się do jakiegokolwiek kraju innego od Polski, jako do czegoś swojskiego. Albo reszta kontynentu jest tak różna od nas, albo to my wytworzyliśmy wokół siebie jakąś barierę, którą odgradzamy się od wpływu obcych kultur (przynajmniej po części; w końcu McDonald nie spadł z księżyca). A może to ja nie chcę widzieć zachodzących dookoła mnie zmian, zamknięta we własnym świecie? Whatever. Efekt mamy ten sam. Jesteśmy, kurde, inni. Już sam fakt, że Polak bez żadnego powodu – ba, mając nawet niezły powód, by tego nie robić! – zawsze będzie dumny z tego, że może manifestować swoją przynależność, gdziekolwiek by się nie znalazł. Ja to nazywam zboczeniem na tle historycznym, inni mówią na to: patriotyzm. 

Skierujmy jednak temat na ciekawsze tory, a mianowicie – kimże bym była, gdybym o tym nie wspomniała – mój własny. Ostatnio znów zaczęło mnie ciągnąć w stronę rocka (trochę wytchnienia po musicalowej manii… Ile ich zaliczyłam w zeszłym miesiącu? Sześć? Siedem?), co mnie naładowało na jakiś czas zdrową, rock’n'rollową energią i przy okazji doprowadziło do nadwrężenia moich strun głosowych (a na śpiewaniu pod prysznicem się to zwykle nie kończy; czasem mi żal sąsiadów, że muszą wysłuchiwać moich wrzasków 24/dobę… ale tylko czasem), ale biorę podróbkę Choldrexu, więc o stan mojego gardła nie musicie się martwić, jednak dzięki za troskę, to naprawdę miło z waszej strony. Wracając do rocka… Niekiedy mam wrażenie, że powinnam urodzić się z trzydzieści lat wcześniej, najlepiej gdzieś na południu Stanów.

Przeżywałabym młodość w szalonych latach 70/80, widziała na żywo koncert O’Boingowców, poszła na premierę pierwszego Batmana, spotkała chłopców z Kansas, nosiła kowbojski kapelusz, a na koniec wyjechałabym do wioski Cheeroke i wyszła za jakiegoś porządnego pół Sycylijczyka, pół Indianina – żeby było ciekawie, z rudymi włosami. Albo z czarnymi oczyma. Albo z tym i tym. Powinnam… 

Zaczynam po raz trzeci oglądać stare odcinki Supernatural. Z każdym następnym razem kocham braci coraz bardziej. Myślicie, że to niebezpieczne, taka miłość do wyimaginowanych postaci? A co tam, mnie to już chyba nic nie może bardziej zaszkodzić. Wystarczy spojrzeć na mnie… a potem na inną, pierwszą lepszą osobę. Widać różnicę, nie? Widać też dokładnie, kto jest z tej dwójki normalny (i wcale nie uważam, by mój trzytygodniowy pobyt na Mącznej 12 dawał mi w tym aspekcie jakąkolwiek przewagę, wcale a wcale).Cóż, ogólnie rzecz biorąc, czuję się zwyczajnie po nastojaszczy horror szoł. I chwała panu Stillerowi*, howgh!

 * pan ten tłumaczył Mechaniczną Pomarańczę Burgessa i jest moim osobistym, małym bożkiem; swoją drogą – muszę go kiedyś poznać 

Ps. A miało być o dorastaniu, do diabła. I znów poważne kwestie przesunęły się na dalszy plan.

_____________________________________________________

I to na tyle. Ale będę miała wspaniały poprawiacz nastroju na stare lata. „To naprawdę  JA to pisałam?!”

Oto wszystkie notki z mojego poprzedniego bloga (który szczęśliwie dopełnił ostatnio swojej egzystencji), zachowane tu dla potomnych.

T: „Czarnobiałe’ (10 grudnia 2005 13:55)
„Lecz – o czym tu napisać?
O smutku, czy o żalu?
Miłości, nienawiści, co z biegiem czasu jedność stworzą?
O ranach solą posypanych?
Czy krótkim śmiechu uciętym promieniem słońca?
O wszytkim. O dobrym, co w złe zaklęte.
Deszczu po tęczy.
Nocnej rosie na sosnowych igłach.
Szepcie budzącego niedźwiedzia ze snu zimowego.
Poczekam i popatrzę. Może zrozumiem więcej.”
———————–

T: Kilka słów o… (9 stycznia 2006 16:44)
Zostawiając za sobą długaśne wstępy, które są nikomu do życia nie potrzebne, przejdę od razu do sedna sprawy, bądź przynajmniej w pobliże tego sedna.
Panna Ironiczka opowie Wam dzisiaj trochę o marzeniach (czyżbyśmy już gdzieś słyszeli to słówko? Chyba tylko w bardzo zamierzchłych czasach…). Więc, moi drodzy, marzenia to rzecz w stanie lotnym, bardzo niepewna, przypominająca mały różowiutki obłoczek, który – już, już – zaraz na wzbić się do nieba, ale jednak nie jest jeszcze dość lekki, by to uczynić. Wciąż ciążą na nim kajdany naszej wyobraźni i okrutnej rzeczywistości. Bo jeśli ktoś miałby mnie spytać o przeciwieństwo słowa „marzenia”, odpowiedziałabym, że bez wątpienia jest nim rzeczywistość. Jedyna rzecz, która utrzymuje nas na ziemi i nie pozwala wzbić się wysoko – tam, gdzie księżyc i słońce wreszcie mogą się spotkać, po całodziennej wędrówce wokół nieboskłonu. A jednak dobrze jest mieć swoje marzenia – chociażby po to, by dodały nieco kolorów naszej codzienności, tak jak malarz rzuca na płótno jaskrawe barwy, by nieco rozpogodziły ponury krajobraz deszczowej uliczki. I ostatnie – czy marzenia powinny się spełniać, czy też może mają pozostać w stanie czystym, takie jakie stworzyła je nasza wyobraźnia? A może w końcu powinniśmy tylko myśleć, mieć jakąś małą iskierkę nadziei, że kiedyś, gdy już dawno o nich zapomnimy, gnani wieczną pogonią ku sławie, bogactwie i złudnemu szczęściu, powrócą one do nas niespodziewanie, by przypomnieć nam przysięgi złożone wymyślonym królom i władcom marzeń?
———————–

T: „Złamane” (16 lutego 2006 21:01)
„Przebiegła Wenus jak co noc
Wpatruje się w swoje zwierciadło
Co jakiś czas uśmiecha się sardonicznie*
Przebiega wzrokiem po gładkiej tafli
Próbując wychwycić w niej choć najdrobniejszą rysę
Bez powodzenia
W końcu wściekła ciska zwierciadłem w kąt
Nie słychać brzdęku tłuczonego szkła
Ani trzasku łamanej ramy
Tylko coś w niej pękło
Czy to serce?”



*sardonicznie – szyderczo, ironicznie
———————–

T: A w kominie szurum burum…  (2 kwietnia 2006 15:42)
Kochani moi! Primo, chciałabym zapewnić was, że nadal egzystuję, a co więcej – trzymam się wyśmienicie. To tak, jakby ktoś miał wątpliwości. Secundo, zauważyliście może, jakie piękne wzeszło dziś słońce? Jeśli macie ochotę je dokładniej obejrzeć, proponuję zaopatrzyć swoje czułe oczęta w różowe (ewentualnie szmaragdowe) okulary i wybrać się na najbliższy pagórek (podziwiając przy okazji kwitnące krokusy) w poszukiwaniu naszego pulchnego, złotego przyjaciela.
Towarzyszący mi dzisiejszego dnia nastrój najlepiej opiszą słowa pana Andrzeja Zauchy, a ja, chociaż raczej nie pochwalam cytowania tasiemcowatych tekstów w notkach, zamiast wkładania w nie „więcej siebie”, to ośmielę się posłużyć kawałkiem wspaniałej i bardzo odpowiedniej do odzwierciedlenia mych uczuć piosenki ”Zielono mi”…

A w kominie szurum burum,
a na polu wiatr do wtóru,
a na chmurze bal do rana,
a pogoda rozśpiewana.

Zielono mi i spokojnie,
zielono mi,
bo dłonie masz jak konwalie.
Noc pachnie nam
jak ten młody las,
popielatej pełen mgły,
a w ciszy leśnej
tylko ja i ty…

Zielono mi, szmaragdowo,
gdy twoja dłoń
przy mojej śpi, niby owoc.
Zielono mi,
bo ty, właśnie ty
w noc i we dnie mi się śnisz
i jesteś moją ciszą
w mieście złym.

A pogoda rozśpiewana,
a na chmurze bal do rana,
gada woda i sitowie,
że my mamy się ku sobie…

Hm… Czujecie? Wiosna nadchodzi.
———————–

T: „Czerwony szlak” (14 maja 2006 16:47)
13 wersów spisanych heksametrem*

„Zamieniamy się w krążący po uliach pył
Nasze poglądy stają się zwiewne niczym dym
Wszystkiemu winien tylko szczegółów realizm
Wpływający też na nasz indywidualizm
Bo choć myślimy, że życie w garści trzymamy
To rzeczywiście w ogóle nim nie władamy
Ślepy los wiedzie nasze serce ku nieznanym
Drogom i traktom, dotąd jeszcze niezbadanym
Lecz jeśli na obraną ścieżkę już wstąpimy
Baczmy, by z niej nie zboczyć, bo się wnet zgubimy
W zakamarkach wspomnień, ciasnych skrzyniach rozpaczy
A wtedy nikt więcej nas nie zdoła zobaczyć…
Idź szlakiem czerwonym – on słuszną drogę znaczy”

A utwór ten dedykuję wszystkim poszukującym.


*heksametr – trzynastozgłoskowiec
———————–

T: Holiday, czyli Sommerferien (22 czerwca 2006 15:21)
Do zobaczenia, gdzieś tam podczas wakacji.
Ja, tymczasem, wybywam.
Miłego!

I still remember about you, my dears;>
———————–

T: Można to nazwać powrotem. (29 października 2006 00:16)
Ktoś mi niedawno powiedział, że odnoszę się do ludzi z dystansem. Ktoś inny stwierdził, że nie powinnam się z tegoż powodu cieszyć. Ale ja i tak nie mogę powstrzymać wpełzającego mi na usta złośliwego uśmiechu. I cóż, o ja nieszczęsna, mam począć? Ktoś rzuca hasło: „Zmień się, popraw się, zrób coś ze sobą!”. Codziennie, niemiej jednak może w nieco innej, mniej dosadnej formie, słyszę te słowa, ukryte w zwykłych, na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniających się wypowiedziach. Gdyby tylko owy „ktoś” sam potrafił sprostać wymaganiom, które chce tak koniecznie narzucić innym!
Tak to już przeważnie bywa, że pozostali oczekują od nas tego… czemu sami nie są w stanie podołać.
***
Ostatnimi czasy ogarnia mnie coraz częśniej melancholijny nastrój. Może to jesień, może muzyka Howarda Shore’a, a może to tylko szara, sztywna rutyna codziennych zajęć? Prawdopodobnie jednak wszystko to razem wzięte.
Postaram się pisać częściej. Nie obiecuję, że mi się to uda, aczkolwiek pozwalam wszelkim uprzejmym istotom zadręczać moją osobę o dodanie czegoś nowego, po upływie miesiąca i jednego dnia od dodania ostatniego wpisu. Rezultat niegwarantowany.
Pozdrawiam, Panna I.
———————–

T: Nigdy nie wiem, co w te nieszczęsne okienka mam wstawić…  (28 grudnia 2006 23:58)
Panna I. wzięła w rękę miotełkę i zagoniła do szufelki resztki wena, jaki się jeszcze w pobliżu ostał. Panna I. obdarzyła krytycznym wzrokiem płaszczącą się na podłodze, z przepraszającą miną kupkę i pomyślała: „Cóż, przypuszczam, że niewiele tego pozostało”. No tak, i w tym się w nią zgadzam.
Nie powiem, że zrobiłam sobie niezaplanowane wakacje (czyli Holiday, yhym), gdyż urlop dla mnie trwa cały czas, z krótkimi przerwami na wytężony wysiłek umysłowy (niestety, konieczny w niektórych momentach. Ostatnio, powiedziałabym, że coraz częściej. Tak, tak, moi drodzy, niektórzy mówią, że bycie licealistą/tką to najcudowniejszy okres w życiu, ale jak sami mają opisać pracę układu wydalniczego, z wyszczególnieniem na skład moczu, to natychmiast milkną. Fascynujące zjawisko).
Panna I. daje mi do zrozumienia, że zbaczam z tematu. Jakby ona nigdy nie robiła tego… ał! Za co był ten rzut wałkiem? Doprawdy, nie można zaznać spokoju w tym domu wariatów. Wystarczy chwila nieuwagi, a już Twoja Druga Jaźń celuje w ciebie jakimś niebezpiecznym przedmiotem (dzisiaj – wałek, jutro – taboret. Nawet nie myślę, co będzie pojutrze).

***

[23/12]
Siostra.: Ktoś kupił karpia?
Wszyscy zgromadzeni w liczbie osób 4: …
Ja: Eee tam, i tak nikt nie lub– [milknie pod świdrującym wzrokiem mamy]
Babunia: Tradycja…
Mamusia: Niech ktoś skoczy na dół po karpia w galarecie [na stronie] byle szybko.

[24/12]
Ja: Edytko, te cukierki są przeznaczone do zawieszenia na choinkę, więc jeśli nie chcesz pomagać w nawlekaniu ich na te sznureczki, to przynajmniej ich [zagląda do pustego opakowania] nie wyjadaj. Dziękuję bardzo, kochana.
Edytka: [mlaska]

[25/12]
[po mszy]
Ja: Musimy iść znów oglądać, jak odstawiają tę szopkę?
Mamusia: Jak to – znów?
J.: No, w końcu co roku wstawiają to samo, wiesz: zwierzaki, siano, dzieciaki, księdza z gitarą i w góralskim kapeluszu…
M.: Ale co roku jest inna!
J.: A, rzeczywiście. Zdechłe owce wymieniają na żywsze, a tych smarkaczy, którzy rok wcześniej stracili głosy drąc się na takim zimnie, zastąpili nowymi. Zaiste, wielka zmiana. Możemy już iść?
M.: Posłuchaj przynajmniej jak śpiewają.
J.: [słucha] E, potrafię lepiej. I nie fałszuję jak ten…
[Ksiądz z gitarą i w góralskim kapeluszu ogląda się w moją stronę, po czym inauguruje zachrypniętym głosem kolędę "Do szopy, hej, pasterze!"]
J.: To może ja już pójdę…

[26/12]
Ja.: To jak w końcu kursują?
Mamusia.: Tak jak wczoraj.
J.: To mamy jeszcze pół godziny do przyjazdu.
M.: To przejdziemy się na następny przystanek.
J.: [myśląc o swoim zmarzniętym tyłku] No, trochę ruchu się przyda…
[w połowie drogi na następny przystanek, J. i M. słyszą turkot nadjeżdżającego tramwaju]
M.: [biegnąc] To jak ty patrzałaś na ten rozkład?
J.: [również biegnąc] No, na ‚Boże Narodzenie…’
M.: Ale przecież dzisiaj Drugi Dzień… to znaczy drugi dzień świąt jest.
J.: To, że nie mamy ochoty jeść 4000 kcal-orycznej kolacji po raz trzeci z rzędu nie oznacza, że to już koniec Świąt. A tak á propos, czy został może jeszcze kawałek serniczka?

[tego samego dnia, nieco później]
Ja.: Czy to aby nie „Kevin sam w Novym Yorcu”?
Siostra: Aha.
J.: [wychodzi zamaszystym krokiem z pokoju, w celu przemieszczenia się do pozbawionej kevina bezpiecznej przestrzeni kuchennej]

[27/12]
Siostra.: Święta, Święta i po Świętach.
Ja.: [pod nosem] HO. HO. HO.

[28/12]
Babunia.: A ta (to o mnie – przyp. autorki) znowu z nosem w książce.
Ja.: Czy nie leci przypadkiem ‚Moda na sukces’?
B.: No, przecież oglądam właśnie…
J.: To co powiedział Rich do Megan?
Mamusia: Ty nie bądź taka mądra…
[następuje 22-minutowa dyskusja na temat bohaterów wyżej wymienionego serialu]

***

Pamiętajcie. Jeśli zaczniecie interesować się kolejami losu postaci serialu, liczącego więcej niż 3000 odcinków z hakiem, to znaczy, że zaczyna z wami być coś nie tak. Jeśli dzieło posiada więcej niż 5000, powinniście chyba zacząć się niepokoić.
Tak, tak. A poza tym ostatnie dwa miesiące upłynęły pod znakiem pana Burtona, pana Elfmana oraz pana Pratchetta. I to naprawdę miło dowiedzieć się, że jakaś amerykańska stacja telewizyjna zadała sobie tyle trudu, by stworzyć ekranizację ukochanej książki. I nawet jeśli „Hogfather” to tania (jedynie ok.2,4 mln), koszmarnie zmontowana i aż rażąco serialowa produkcja, to jednak i tak zawsze będę kochać pana Herbatkę, Śmierć, Kwestora, czy O, boga…
Czy już wspominałam, że nie chcę wracać do szkoły? Pewnie w ciągu najbliższych kilku dni stanie się to moim osobistym mottem, ale…
A tak, „i żeby i wam rok szczęśliwej siódemki przyniosł szczęście!”, czy jak to tam szło (nigdy nie byłam dobra w tych nowomodnych życzeniach…)

Ps.: No dobrze, już dobrze, wprawdzie minęły dwa miesiące (chyba, że wyrobię się jeszcze przed 12:00), ale kto powiedział, że zawsze, ale to zawsze, muszę wywiązywać się z obietnic? [złoś-- to jest, przewrotny błysk w oku]
PsPs.: Fiu, fiu… To wyszło tak, jakby moja najdłuższa notka w karierze… yhym, na tym blogu (wtajemniczone osoby wiedzą, o czym mówię). Ogłaszamy Święto Narodowe?
———————–

T:… (14 sierpnia 2007 22:13)
No niee… Jutro…
———————–


Ps.: Notka pożegnala się zagubiła, a szkoda, bo byłam z niej naprawdę dumna. Cóż.

Sto lat.

Brak komentarzy

Staruszek kończy dzisiaj 4 (słownie: cztery) lata. Razem przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil, tylu świetnych ludzi się przez niego przewinęło (kontakt utrzymuję z dwójką, ale cóż… czas robi swoje), nie wspominając już o tym, że to miejsce jest największym nagromadzeniem najbzdurniejszych bzdur, jakie tylko mogą nastolatce (czytaj: szalonej trzynastce) przyjść do głowy. Ahh, napływ wspomnień. Chwila na oddech i klik!

Dodano.

Xyz

Brak komentarzy

Wow. Zmiany na blogu.

Czy pownnam się bać?

I jeszcze inne pytanie.
Dlaczego ja cię jeszcze nie zniszczyłam?

Fakt, że nieco spóźnione, aczkolwiek… Later is better than never, isn’t it?
Część pierwsza programu sprzątania świata została niemalże ukończona. Teraz czas na część drugą, a mianowicie… Sami się wkrótce przekonacie.
Tymczasem… życzę miłych wakacji, bo chyba jeszcze nie miałam okazji tego Wam przekazać. Moje są znakomite.

A.

6 komentarzy

Proszę nie zwracać uwagi na poniższe bzdury, gdyż wyjdą one spod pióra mojej ukochanej koleżanki A.:
„Cześć jestem A. mam 7 lat i jestem właśnie w szkole na lekcji informatyki z sadystycznym panem J. który w wolnych chwilach bije nas kablem, jeśli nie przynosimy usprawiedliwień. Muszę kończyć bo właśnie się we mnie wpatruje.Dziękuję A. za ten przywilej miło było Was poznać pa.”

/trzask kabla/

//Kurtyna w dół//.

I oto, prosze państwa nadszedł koniec roku, odszedł głośno tupiąc i wywijając nonszalancko ręka na pożegnanie. Ale to nic, to nic, bowiem dziś w nocy – o dziwo! – odwiedził mnie Pan Nowy Rok. Odziany był w snieżnobiałą marynarkę i szałowy, różowy krawat (czy to jakaś żaluzja? Nie no, skądże;P). Ten szanowny dżentelmen pomógł nam nawet w otwarciu „Piccola” (to nic, że spóźnił się kilka minut – tłumaczył się, że jego limuzyna złapała gumę). Niestety potem gdzieś czmychnął i tyle go widziałam. Nie odezwał się ani słowem, a miałam do niego tyle pytań: a czy dostanę się do wymarzonego liceum, cóż to będę robić w wakację, czy poznam może kogoś, kogoś… Ale on tylko uśmiechnął się ironicznie i znikł bez słowa. A to cham jeden. Jeszcze będzie mnie błagał, żebym go przyjęła pod swój dach:P
Taak. Co do tegorocznego Sylwestra powiem tyle: to była upojna noc. I wszystko jasne:D
Czy wy też zauważyliście, że najłatwiej opowiada się o niczym? Czy może ja odnoszę jedynie takie wrażenie?
Czuję się nieco skrępowana. Właśnie wpatruje się we mnie drewniany kot z przekrzywioną głową i słomianą kokardką na szyi (czyżby go za bardzo nie uciskała? Może to dlatego ma takie wytrzeszczone oczy?). Patrzy na mnie wzrokiem pełnym zdziwnienia. Pytam się więc:
„Czemóż się dziwisz, Luno?(przepraszam bardzo, ale ja tego imienia nie wymyśliłam… Biedne zwierze)”
„”A… widzę po prostu coś, czego wy ludzie, zwyczajne, nie obdarzone żadnymi niezwykłymi zdolnościami istoty dostrzec nie mogą. Jestem zdumiona, że wy, którzy uważacie się za najlepszych i najinteligentniejszych w całym Królestwie Przyrody, nie umiecie pojąć tego, co najgłębsze…”"
„Zupełnie nie rozumiem kochana, o czym mówisz”
„”Przyjdzie czas, a zrozumiesz”" – powiedziała i zamilkła ponownie. Koty to zdecydowanie tajemnicze stworzenia.
Ostatnio doszłam do wniosku, że chyba nie chcę być dorosła. Ależ chcesz! A jednak nie.


  • RSS