Tralalala

takie tam.

Wpisy z okresu: 9.2005

SS…

7 komentarzy


lovesnape.jpg

Severus Snape… The Dark Master®, czyli dzień z życia profesorka
Notkę tę oto dedykuję Paulinie, Marcie, Oli oraz Kasi, z nadzieją, że w pełni ją zrozumieją, a być może nawet opatrzą komentarzem, co będzie wielkim sukcesem, biorąc pod uwagę jej rozmiary:) Co do treści, to była ona narzucona przez wenę… I nie przez wszystkich zawarte w niej żaluzje mogą być dobrze odebrane… W każdym razie – życzę udanej lekturki!

– NIEEEEE! TYLKO NIE ON!!!
Takim oto okrzykiem radości Severus Snape powitał nowy dzień. Leżał plackiem na podłodze oddychając ciężko i wciąż nie mogąc odpędzić się od wizji Juniata pochylającego się ku niemu w wyraźnym celu… Zresztą – wolał już o tym więcej nie myśleć.
Rozwścieczony do granic możliwości Mistrz Eliksirów podniósł się szybko z zakurzonej, kamiennej posadzki („chyba przydałoby się w końcu trochę posprzątnąć… pora wkopać w coś Pottera, on najlepiej poleruje te kamienne płytki…) i zaczął miotać się po gabinecie w poszukiwaniu szaty, której nie zdąrzył jeszcze przyodziać w ciągu tego tygodnia.
Jego poszukiwania przerwało jednak natarczywe walenie do drzwi. Z lekkim strachem zauważył, że po chwili znad framugi zaczyna sypać się tynk, kiedy to tajemniczy gość załomotał jeszcze gwałtowniej, widocznie zniecierpliwiony ociąganiem się Severusa. The Dark Master pośpieszie odział się w atłasowy szlafrok i otworzył z mieszaniną ciekawości i strachu drzwi.
Nie od razu dojrzał twarz przybysza, ponieważ pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to wielki, brązowy płaszcz z krecich futerek (albo frecich… [trzask!]), który dokładnie zasłaniał całe wejście do lochów. Zaraz jednak olbrzymia postać wtoczyła się z trudnem do środka – najpierw pierwsza noga, przypominająca wielkością małą sosnę, potem ogromny bebol(brzuchol:P:P:P), rozwichrzona broda, para żukowatych oczu i reszta Hagrida.
- Hagridzie! – zawołał Snape, takim tonem, jakby przed chwilą do jego gabinetu wtargnął pierwszoroczny uczeń, a nie dorosły nauczyciel ochrony nad magicznymi stworzeniami.
- Snape! – warknął półolbrzym, kiedy zlokalizował w końcu miejsce pobytu Severusa, co było dość proste z tej wysokości – Minerwa powiedziała mi, żebym nie nachodził cię o tej porze, bo może się to dla mnie źle skończyć…
- I miała rację… – mruknął Snape.
- …ale mam do ciebie ważną sprawę – ciągnął dalej Hagrid, który najwyraźniej dosłyszał te słowa, bo po chwili dodał ostrzejszym tonem – I wiedz, że nigdy nie wierzyłem w te historyjki uczniów, jakobyś miał hodować czerwone kapturki pod swoim biurkiem.
- No tak, bo przecież to twoja robota.
- Wiesz… – widać było, że Hagridowi mało brakuje, by nie rąbnąć czymś Mistrza Eliksirów, ale nawet on nie był taki głupi, żeby się odciąć, więc kontynuował – Wczorajszej nocy… Cholibka, właściwie nie wiem od czego zacząć.
- Może od początku? – zaproponował the Dark Master.
- Dobra, już dobra. Więc w nocy jak zwykle poszedłem zrobić se przechadzkę w blasku księżyca. Ide se i tak ide, i nagle się zuważłem, że zwędrowałem już nieco dalej od mej chałupki. To se rozglondam dokoła i patrzam – jakaś cichosza wokoło. Sie z deka zestrachałem, pnie psorze, pomyślałem se od razu, że…
- Czekaj – przerwał zimno Snape i spojrzał z ukosa na Hagrida – Ale co mnie to…
- No, do tego zmierzam. To chciałem wracać a tu – trach! – obok mnie szczała śwista! To ja widziałem, te wredoty mi tutaj nadciągają. No to, ja wiedziałem, że tak będzie, aha, aha…
- A co to ma…
- Czekaj pan, jeszcze nie skończyłem. To zwiewam czym prędzej, bo ostatnio tym centałrom mój Graupek panienkę podprowadził, to nie dziw, że wkurzone były…
- Do cholery, ty ogłupiały wymiocie! – wkurzył się nie na żarty Miszcz Eliksirów – Powiedziałem ci, że masz się zamknąć, czy nie tak??!!
- No ale ja…
- Więc jeśli twój mózg nie nadąża nad językiem, z łaski swojej zabierz mi ten swój półolbrzymi zadek z przed nosa!
- Ale…
- I żadnych ale w moim gabinecie! – wrzasnął na odchodne Severus, zatrzaskując drzwi za Hagridem.
Wydawać by się mogło, że nic tak nie rozwścieczy człowieka, jak namolny człowiek o 7 nad ranem, ale Snape był inny – dla jego serca (i tak już dostatecznie zimnego i bezlitosnego) miodem było pognębianie ludzi, którzy widocznie oczekiwali od niego pomocy. W tym momencie bowiem nie obchodziło go, co olbrzym miał mu do powiedzenia – teraz interesował się jedynie stanem swojego uzębienia.
Punkt 7:37 zjawił się na śniadaniu, całkowicie ubrany i zaopatrzony w swój nieśmiertelny, ironiczny uśmieszek. Spoczął pomiędzy Minerwą oraz Flitwickiem, osobami, z którymi nigdy nie zamienił podczas posiłku ani słowa, i którzy czym prędzej odchodziły od stołu, kiedy tylko on do niego przybywał. Przy tym znajdował się na tyle daleko od Sybilli, by nie musieć wysłuchiwać jej uwag, na temat stanu i koloru swojej cery. Żałosne.
Przeżuwając zimną jajecznicę rozglądał się po Wielkiej Sali w poszukiwaniu uczniów, którym mógłby już od rana odebrać pierwsze punkty. Jednak nikt, jak za złość, nie okazywał chęci do jakichkolwiek psikusów, co z resztą zdarzało się zawsze, gdy uczniowie wiedzieli, że jest w pobliżu. Przy stole Slytherinu Crabe i Goyle spisywali zadanie domowe, od siebie nawzajem, co znaczyło, że nawet jeżeli były one w połowie dobrze wykonane, teraz nadawały się do śmietnika. Dalej Draco Malfoy rozmawiał konspiracyjnym szeptem z grupką starszych Ślizgonów, co chwila zerkając w stronę stołu nauczycielskiego. „Pewnie zastanawiają się, jak wyrwać Granger” – pomyślał Snape. Natychmiast skierował wzrok na drugą stronę, gdzie znajdował się stół Gryffindoru. Jakcyś dwaj palanci majstrują przy aparacie, Brown i Patil zmieniają sobie kolor rzęs… Wiem, że jestem piękny i każdy chce dla mnie wyglądać olśniewająco, ale żeby do tego stopnia?… O, jest Granger. Rzeczywiście, nienaturalnie często spogląda w stronę Draco… I jeszcze ten jej wyraz otępienia… A może ona go miała zawsze, tylko nie zauważyłem? To by wiele wyjaśniało.
Nagle zabrzmiał gong, a uczniowie pośpiesznie zaczęli opuszczać Wielką Salę, by pospieszyć na zajęcia. Snape wstał powoli od stołu i skierował się do swoich lochów. Kiedy w końcu znalazł się w mrocznym korytarzu, prowadzącym do jego klasy, zauważył, że zgromadzeni tu uczniowie przyglądają mu się ukradkiem. Może dlatego, że wygląda dzisiaj wyjatkowo sexy?
Wkroczył do klasy i zasiadł za katedrą, a w tym czasie małolaty zaczęły wyjmować swoje książki i przybory. Z zadowoleniem stwierdził, że Święta Trójca jest nieobecna.
Gdy ostatni uczeń zasiadł na swoim siedzeniu, drzwi otworzyły się z hukiem i do klasy wtarnęli spoźnieni o dokłanie 57 sekund: Potter, Weasley, Granger.
- Potter, Weasley, Granger, myślałem, że chociaż zachowujecie pozory tego, że wcale nie uważacie się za kogoś więcej niż każdy z nas. Widocznie się myliłem, bo wy widocznie usiłujecie wszytkim POKAZAĆ, że regulamin szkolny absolutnie was nie dotyczy. – rzekł Snape i delektował się nienawistnymi twarzami Trójcy.
- Ale my… – zaczął szlachetny Potter.
- Szlaban Potter – Snape w końcu wypowiedział słowa, które chciał rzucić od samego rana, szukał tylko odpowiedniego pretekstu. – Jutro. Osiemnasta. Posadzka w moim gabinecie wymaga gruntonego wyczyszczenia – dodał tak, żeby tylko on go usłyszał.
Zadowolony z siebie jak nigdy the Dark Master zajął się prowadzeniem lekcji.
- Skoro już wielka trójca postanowiła zaszczycić nas swoją obecnością, mogę przejść do tematu naszych zajęć…
Jak co tydzień wypisał na tablicy składniki mikstury, a zadaniem uczniów miało być jej sporządzenie w ciągu dwóch godzin lekcyjnych, co, jak podejrzewał, przy ich poziomie intelektualnym, było prawie niemożliwe. Krążył więc między stolikami, sprawiając, że zdenerwowanym uczniom probówki wylatywały nagle z dłoni, a Nevile przeszedł nawet samego siebie: kiedy Miszcz Eliksirów stanął za nim i cicho odchrząknął, chłopak wskoczył do swojego kociołka i zaczął w nim tańczyć coś na kształt salsy.
Pod koniec zajęć, żaden eliksir, oprócz tego, należącego do kujonki Granger, nie przypominał barwą ciemnej purpury, nawet niewiele miało jakikolwiek odcień czerwonego. Snape podejrzewał, że dzisiaj wystawi więcej „T” niż kiedykolwiek w swojej szkolnej karierze.

***

Severus wpadł do Wielkiej Sali, gdy była już ona pełna. Zwykle jadał bardzo wcześnie bądź dość późno, kiedy wszyscy już skończyli, jednak tym razem bardzo się śpieszył – popołudniu miał bardzo ważną i tajną sprawę do załatwienia (czyt.: nie powinniście tymczasowo o niej wiedzieć). Nie zwlekając ani chwili pośpieszył do pierwszego wolnego miejsca przy stole. Miał wyjątkowego pecha, bo jedyne dwa wolne miejsca znajdowały się obok Sybilli, oraz przy boku Dumbledore’a. Z dwojga złego, wybrał to lepsze.
- Ach, Severusie, cóż za miła niespodzianka, ostatnio tak rzadko się widujemy przy posiłkach – powitał Albus Snape’a.
- Sam rozumiesz Dumbledore, początek roku szkolnego, mam dużo pracy, a mało czasu…
- Ale znajdziesz chyba minutkę, żeby wpaść dziś do mojego gabinetu na słówko, prawda?
- No nie wiem, miałem właśnie…
- Wiedziałem Severusie, zawsze mogę na ciebie liczyć- odparł Albus, jakby zupełnie nie słyszał odpowiedzi Snape’a – A wracając do naszej regene… znaczy, rekonwersacji…
Podczas dzisiejszego obiadu Snape dowiedział się więcej o prapradziadku Dumbledore’a, Samie, niż kiedykolwiek wcześniej (podono mieszkał w jakimś Śródmieściu i był hoblatem… Bzdury).
Nie próbując nawet deseru, Severus opuścił Wielką Salę i postanowił, że w drodze do Hogsmead, odwiedzi Hagrida i dowie się, po jakie licho nachodził go o siódmej nad ranem.
Przechodząc między grządkami warzyw w ogrodzie półolbrzyma nadepnął na coś obślizgłego i kruchego, lecz kiedy chciał zobaczyć co to było, owe COŚ pękło z głośnym trzaskiem(trz!) i eksplodowało, odrzucając biednego Seva aż na ścianę chatki Hagrida. Owy łomot widocznie zaalarmował gajowego, bo po chwili z czujną miną i kuszą na ramieniu wyszedł z wnętrza, a zauważywszy niemały dół pośrodku swojego ogródka pośpieszył czym prędzej w tamtym kierunku.
W tymże też czasie drogi Miszcz Eliksirów zdołał już otrząsnąć się z szoku po tym wypadku i powstać na dwie, patyczkowate nogi. Hagrid przez chwilę z zastanowieniem przyglądał się dołowi, z nad którego jeszcze się dymiło, dopóki Snape’a nie chrząknął krótko, pragnąć widocznie zaznaczyć swoją obecność. Gajowy wolno przeniósł wzrok na the Dark Mastera, a potem znowu wpatrzył się w zczerniały dołek.
- To twoja robota Snape? – powiedział dziwnie wyobcowanym tonem.
- Nie wiem, do czego zmierzasz – odrzekł ostrożnie Sev.
- Czy to ty zabiłeś Jelenię?
- Co?!
- MOJĄ JEDYNĄ JELENIĘ????!!!!! – ryknął Hagrid i rzucił się nagle w kierunku Snape’a.
Zaskoczony tym atakiem Snape… O nie, przepraszam, nasz Miszcz nigdy nie był niczym zaskoczony, więc spokojnie wyjął różdżkę i potraktował gajowego zaklęciem łaskoczącym.
- Powiedz mi najpierw, o co ci chodzi, potem możesz próbować zacząć się na mnie rzucać!
- Dobraaaa-haha… Tylko…przestań…haha…
Snape zdjął z półolbrzyma zaklęcie i cierpliwie czekał.
- Czym… Albo kim jest Jelenia?
- To jest… A właściwie ona jest… elfem. Ale całkiem miejscowym.
- Phi, miejscowym… Wiadomo przecież, że elfy nie żyją w tym lesie, ani nigdzie indziej w promieniu paru tysięcy mil…
- Tak, ale ona była taka samotna, nikt jej nie lubił, no i na dodatek maleńka taka…
- Elfy SĄ zazwyczaj maleńkie. Wiesz, że zabierając ją z gniazda, mogłeś sprowadzić na nas plagę?
- Jaką plagę? Pewnie nie zauważyli nawet, te elfickie głąby…
- Jednak to było bardzo nieodpowiedzialne Hagridzie. Czy Dumbledore wie?
W tym momencie wydawało się, jakby Hagrid nagle skurczył się o kilka stóp. Pochylił się i spuścił głowę z miną winowajcy.
- Jeszcze nie, zamierzałem mu…
- Nie będzie takiej potrzeby. Wieczorem wybieram się do niego i przekażę mu tą wesołą nowinę.
Snape uwielbiał takie momenty, kiedy jego przeciwnik gorączkowo poszukiwał wyjścia z sytuacji, jaką on przed nim postawił. Widział nawet kotłujące się w głowie olbrzyma myśli… Może dlatego, że studiował oklumencję…? Szczegóły.
- No dobra… Przyszedłem do Ciebie rano, bo mam z nią pewien problem. A wiem, że umiesz przyrządzać każdą miksturę… (podlizywacz – pomyślał Snape). Bo widzisz – Hagrid rozejrzał się wokoło świrdując przeszywającym wzrokiem swój ogródek i okalające Zakazany Las drzwa, po czym zniżył ton do konspiracyjnego szeptu: Ona… chyba się zakochała…
- Zakochała?!
- Ciiiiiiiszej Snape… To dość wstydliwa sprawa, ale wydaje mi się, że ona… coś czuje do… no, do Kła – wyjąkał w końcu Hagrid.
- Do Kła? Poczekaj, czy ty mówisz o swoim….
- Tak, psie, wiem, że to niezwykłe, ale wszystko na to wskazuje. Chyba ją kręci to, jak on się ślini, sam nie wiem, może ona myśli, że to na jej widok? Jak myślisz?
- Ale… naprawde nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.
- Och, pomyślałem, że mógłbyś mi uważyć jakieś antidotum, byłbym Ci dozgonnie wdzięczny…
- Hagridzie, wiesz przecież, że nie mam czasu na takie…
- Proszę Cię, Snape, nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc! Mów, co chciałbyś w zamian!
Snape zastanowił się przez chwilę. Widać było, że gajowy był na tyle zdeterminowany, że gdyby zarządał, by skoczył w jaskraworóżowej sukience do jeziora, on zrobiłby to. Jednak nie zmierzał tracić takiej szansy (co nie oznaczało, że chciał zobaczyć, jak Hagrid prezentuje się w sukience…) i zażyczył sobie bardziej przydatnego prezentu.
- Śledziona Testrala…
- Śledziona? Ależ bardzo trudno o nią…
- Nie ma śledziony, nie ma antidotum – Snape postawił sprawę jasno. Owego składnika eliksiru nie mógł znaleźć już od wielu lat, a wiedział, że dla Hagrida, zdobycie tego cennego organu będzie możliwe, choć piekielnie trudne. Wszak Testrale nie lubią, gdy gonią ich półolbrzymy z tasakiem w ręku i niezbyt miłymi zamiarami.
- Dobrze już, jutro rano ci ją dostarczę…
- Wolałbym, żebyś zrobił to po obiedzie.
- Niech będzie.
- A teraz wybacz, gdyż się śpieszę.
I bez pożegnania Snape podążył ścieżką w kierunku Hogsmead. Miał dzisiaj wyjątkowe szczęście, skoro udało mu się namówić Hagrida do darowania mu śledziony Testrala… W końcu będzie mógł uważyć szampon do włosów tłustych! Koniec z przetłuszczającymi się końcówkami!
W podskokach poprzez las, w końcu po upływie pół godziny, Snape w znakominym humorze trafił do miasteczka. Do gospody „Pod Świńskim Łbem” dotarł bez problemów, choć wydawało mu się, że za rogiem „Doodie Street” zobaczył dwie znajome, rudawe czupryny, ginące we wnętrzu pobliskiego sklepu. Dziwne…
- To samo co zawsze Frinz? – spytał barman.
- Nie tym razem, Ben – odparł z kwaśną miną the Dark Master, obiecując sobie, że kiedyś walnie go za tego „Frinza”. Zupełnie nie wiedział, dlaczego wszyscy stali goście w gospodzie tak go nazywali.
Snape spoczął na pobliskim stołku i przypomniał sobie scenę, sprzed ponad dziesięciu lat, która się tutaj rozegrała… Do dzisiaj nie mógł sobie wybaczyć, że nie zdołał usłyszeć wszystkiego, co ta kobieta miała do powiedzenia… Być może jakby znał jej całą treść, mógłby uratować jeszcze ich życie… Ale czy zdołałby wtedy uratować SIEBIE? Z tych dość ponurych rozmyślań wyrwał do nagle trzask (trz!) otwieranych drzwi.
Do gospody weszła postać odziana w czarne szaty i szczelnie zamaskowana. Była niezwykle wysoka, szczyt jej spiczastej tiary omiótł próg wejścia, gdy wchodziła lekko pochylona do przodu. Można było w tym momencie zobaczyć dokładnie jej oczy, bo tylko one były widoczne spod maski, osłaniającej dokładnie jej twarz: przypominały dwa lodowate mentosy o smaku kwaśnego jabłka. Postać szybko ruszyła w kierunku lady, wywołując przy tym fale mroźnego powietrza.
- Wyłącz klimatyzację z łaski swojej, zrobiło się zimno – rzekł Miszcz, w ten sposób witając się z nowoprzybytym gościem.
- Wybacz, zapomniałem – odpowiedział chrapowatym głosem człowiek w masce i zaczął coś majstrować pod połami szaty. Po chwili przeraźliwe fale zimna przestały dokuczać, a „Czarny” odkaszlnął nieco zmieszany.
- Te upały to dla mnie prawdziwe utrapienie! Gdyby nie ten klimatyzowany zestaw, nie wychodziłbym z domu…
- Musisz jednak bardziej uważać, ludzie z wioski zaczynają coś podejrzewać… Wiesz co ostatnio słyszałem? Że stary Klaus Bam-Gerner rozpowiada wszystkim, iż widział Ciebie rozmawiającego z grupą miejscowych dementorów.
- Eh…
- Chyba temu zaprzeczysz, prawda Misiek?
- No, to w sumie mogła być prawda, bo w czwartek widziałem się z wujkiem…
- Z wujkiem??!! Ile razy powtarzałem? Nie, nie raz, ani nie dziesięć, ale sto razy ci mówiłem!…
- Och, Sev, nie wkurzaj się tak…
- Jak mam się nie denerwować! Bądź co bądź należysz do mojej rodziny! Co sobie ludzie pomyślą, jeśli Cię zobaczą rozmawiającymi z takimi typkami…
- No więc właśnie dlatego chciałem się z Tobą spotkać Sev… Bo widzisz, słyszałem, że ten Bam-Gerner chce iść do Ministerstwa i zgłosić, że jestem niezarejestrowanym dementorem… Wiesz, oczywiście, że nim nie jestem, ale pokrewieństwo, sam rozumiesz, mogłby się zacząć niewygodne pytania…
- Minsterstwo to nic w porównaniu z aurorami. Wiesz jakby oni Ci tyłek obrobili? Przecież wiadomo, że półdementorzy nie cieszą się zbytnim powodzeniem… Uważasz więc, że powinnienem porozmawiać z Klausem (super-rausem) i namówić go, by zapomniał czego był świadkiem?
- Tak, jakbyś mógł – Misiek był wyraźnie ucieszony tym, że Severus tak prędko wszystko zrozumiał.
- Musisz jednak wiedzieć, że wiele bym ryzykował, odważając się na wizytę u tego człowieka.
- Ale zrobisz to dla mnie, prawda Sev?
- Tak zrobię to, ale bynajmniej nie z twojego powodu. Pójdę do niego, bo gdyby Ministerstwo dowiedziało się o twoim pochodzeniu, musiałbym niepotrzebnie tracić swój cenny czas na niepotrzebne wizyty w Londynie. A w tym roku, nie mam na to czasu.
- Dzięki, naprawdę, stokrotne…
- I zrób coś z tym głosem – powiedział Snape wstając – Ostatnio strasznie charczesz. Prawie tak, jak Lord Vaduś.

***

Wieczorem the Dark Master postanowił zabrać się za antidotum dla Hagrida, jednak przypomniał sobie, że miał dzisiaj wpaść do Dumbledore’a.
- Ciekawe, co tym razem wesoły staruszek ma mi do powiedzenia – mruknął do siebie Snape, powiedziawszy kamiennemu gargulcowi hasło.
Po chwili stanął przed wielkimi, dębowymi drzwiami, zapukał i czekał na odpowiedź. Kiedy ta nie nastąpiła, pchnął drzwi i nieproszony wszedł do środka.
Wnętrze było takie, jakim je zapamiętał. Jakieś tandetne blaszane zabawki na półkach, mnóstwo mało przydatnych książek na półkach (bo czy można było nazwać książkę interesującą, jeśli nie było w niej ani słowa o czarnej magii bądź eliksirach?), na żerdzi ten wyleniały ptak… Ale samego Dumbledore’a ani śladu.
Snape usiadł na fotelu stojącym przed biórkiem. Od razu rzucił mu się w oczy plik papierów leżących na blacie. Z uczuciem tego, że nie powinienen robić tego, co miał zamiar robić, przeczytał pierwszy akapit. Był to list podpisany przez frau Andree:

„Drogi Albusie!
Piszę do Ciebie w bardzo pilnej sprawie. Tydzień temu otrzymałam pilną depeszę z Albanii, jakoże mam się zgłosić do banku Gringota w celu odebrania specjalnej przesyłki. Nie chciałabym ci mówić, co zawiera owa przesyłka, w obawie, że list mógłby się dostać w niepowołane ręce, ale wobec tego mam prośbę: czy mógłbyś ją odebrać w moim imieniu? Wiesz, że ostatnimi czasy nie miałam możliwości wyjeżdżać z kraju, a…”

- Witaj Severusie! – odrzekł nagle jakiś głos za nim.
Snape w jednej chwili stanął na nogach i obrócił się. Stał tam Albus D. w całej swojej, nieco dziwacznej okazałości. Dzisiaj miał na sobie szatę w kolorze żółto-zielonym i przypominał w niej nieco niedojrzałego banana. The Dark Master stał z nieco zmieszaną miną w swoim miejscu, dopóki Dumbel nie usiadł za biórkiem.
- Widzę, że postanowiłeś mnie odwiedzić – powiedział dyretkor zbierając wszystkie papiery porozrzucane na swoim biórku jednym skinieniem różdżki i umieszczając je w jednej z szufladek – Bardzo jestem rad, że przyjąłeś moje zaproszenie. Może rogalika? Wyglądasz ostatnio nieco mizernie… – rzekł profesor z troskliwą miną.
Pomijając fakt, że Dumbledore powtarzał to Snape’owi od kilkunastu lat, Miszcz zdziwił się, że dyrektor do tej pory nie zaproponował mu niczego innego prócz rogalików.
- Dziękuję, ale mam uczulenie na …eeer…. drożdże, tak.
- No trudno – odparł staruszek, wpychając sobie kilka rogalików do otworu gębowego, a gdy zdołał je połknąć, kontynuował: – Severusie, zaprosiłem Ciebie w moje skromne progi, bo chciałbym powierszyć Ci specjalne zadanie. Dotyczy ono bezpośrednio pewnej przesyłki, którą dostałem w sierpniu, od mojej kuzynki, Anderee…
Snape przypomniał sobie o nieprzeczytanym liście i spłonął bladym rumieńcem.
- …Muszę zaznaczyć, że jest ona dla niej bardzo ważna i nie mogę dopuścić do tego, by dostała się w niepowołane ręce (Snape spłonął jeszcze bardziej bladym rumieńcem).
- Tak więc… czy mógłbym cię prosić, byś pod moją nieobecność zajął się ową przesyłką? Muszę na parę dni opuścić szkołę, a nie chciałbym, bym po swoim przyjeździe zastał tutaj niemiłą niespodziankę. Musisz wiedzieć, że wybrałem właśnie ciebie, ze względu na zaufanie, jakim Cię darzę.
Snape tym razem spłonął szkarłatym rumieńcem, kiedy Dumbel wspomniał o zaufaniu wobec niego… Chociaż nikt więcej nie odważyłby zaufać byłemu śmierciożercy, Dumbledore dał mu drugą szansę, a teraz wyznacza mu takie zadania… To takie… wzruszjące… I nie myśląc wiele, Snape rzucił się Dubledore’owi w ramiona.
- No, już dobrze kochany, spadaj, bo jeszcze ktoś zobaczy – powiedział Dumbel, wydmuchując nos w chustkę w miotły oraz znicze i podając ją Severusowi. Ten grzecznie odmówił i wyjął swoją – w Mroczne Znaki.
- Więc… przesyłka, oto ona – oświadczył Albus wyciągając misternie rzeźbione pudełko niewielkich rozmiarów i kładąc je na środku biórka. – Oczywiście jest chroniona wieloma klątwami, ale co to dla takiego znawcy jak ty!… Oczywiście mam do ciebie pełne zaufanie i jestem pewien, że nie będziesz próbował otworzyć skrzynki, gdy mnie nie będzie…
- Tak, jasne – odrzekł Snape wpatrując się chciwym wzrokiem i czekając na moment, gdy zasiądzie z pudełkiem sam na sam w swoim gabinecie…
- No, na mnie już czas, sprawuj się mi tutaj dobrze, aha, i nie męcz jutro za bardzo Harry’ego… Wiesz, że będzie w przyszłości potrzebny do bardziej szczytnych celów niż czyszczenie posadzki – zakończył rozmowę Dumbel, po czym uchwycił za ogon swojego ptaka (bez skojarzeń), po czym z głośnym trzaskiem eksplodował. W każdym razie po chwili w gabinecie nie było już nikogo.
- Poszli już? – spytał jakiś głos ze ściany – Świetnie, wreszcie chata wolna, Franek, wołaj Zbyszka na imprę…
- Zamknij się Fineasie i lepiej odwiedź okulistę – rzekła przez zaciśnięte zęby czarownica z prawej.
- Och… – rzekł speszony Nigellus, dopiero teraz ujrzawszy Severusa – Żegnam pana, panie szanowny… Jakcitam.
- Co za brak kultury! – wykrzyknął profesor Dippet, ale odpowiedzi Snape już nie usłyszał, bo zatrzasnął z impetem drzwi i skierował się do swojego lochu, by zająć się tajemniczą szkatułką… Czego Dubledore nie widzi, to go nie uboli… Błehehe;)

Zmiany

9 komentarzy

Zauważyłam ostatnio z przestrachem, że staję się coraz bardziej ironiczna, przez co wyparowuje powoli gdzieś do atmosfery moja emocjonalność… Dla mniej rozgarniętych, bądź też nie nadążających za trybem mojego skomplikowanego myślenia mówię jaśniej: Agata K., zwana dalej oskarżoną w sprawie pogwałcenia kodeksu prawnego, staje się coraz bardziej… obojętna (szukałam tego słowa przez jakieś pół godziny – doceńcie to i przeczytajcie tą notkę w całości). Obojętna na wszystkie sprawy, które nie dotyczą jej własnego tyłka (co bardziej delikatni powinni zasłonić w tym momencie oczy i uszy)a co gorsza… kompletnie zniesmaczona otaczającym ją, cholernym światem (można już spokojnie oddychać… Więcej obscenicznych scen nie będzie). Pytam się: Co się tutaj do jasnego czarta dzieje??? Wokoło biegają ludzie, z którymi nie mogę zawiązać kontaktu wzrokowego, a co dopiero psychicznego… Po prostu nie rozumiem niektórych ludzi, a raczej ich postępowania. Jak można w tym kierunku prowadzić swoje życie? W stronę przepaści duchowej i samego dna społeczeństwa? No dobrze, może trochę przesadziłam, ale sami potwierdzicie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby Rona prefektem… To było primo, teraz przejdę do secuno.
W sprawie prowadzenia tego bloga (ależ nie martwcie się, na wasze nieszczęście nie zamierzam go zlikwidować). Dotychczas pisałam o moim życiu materialnym, że tak to ujmę… Od tego momentu zaczynam pisać o tym, co się gromadzi w głębi mojej duszy (to zabrzmiało jak grom z jasnego nieba wymierzony w bezbronną owieczkę). Nie zamierzam zwracać uwagi, czy ktoś to czyta, czy nie, acz wszelkie komentarze są bardzo pożądane… Będę wiedzieć, że rozumiecie o czym ja tutaj wam nawijam;) Natomiast jeśli nie zrozumiecie… No, o tym też się dowiem;) Ja was absolutnie rozumiem… Też bym się bała czytać zapiski obłąkanej Agaty K., zwanej dalej oskarżoną.
Wsuwajcie>>


  • RSS