Oto wszystkie notki z mojego poprzedniego bloga (który szczęśliwie dopełnił ostatnio swojej egzystencji), zachowane tu dla potomnych.

T: „Czarnobiałe’ (10 grudnia 2005 13:55)
„Lecz – o czym tu napisać?
O smutku, czy o żalu?
Miłości, nienawiści, co z biegiem czasu jedność stworzą?
O ranach solą posypanych?
Czy krótkim śmiechu uciętym promieniem słońca?
O wszytkim. O dobrym, co w złe zaklęte.
Deszczu po tęczy.
Nocnej rosie na sosnowych igłach.
Szepcie budzącego niedźwiedzia ze snu zimowego.
Poczekam i popatrzę. Może zrozumiem więcej.”
———————–

T: Kilka słów o… (9 stycznia 2006 16:44)
Zostawiając za sobą długaśne wstępy, które są nikomu do życia nie potrzebne, przejdę od razu do sedna sprawy, bądź przynajmniej w pobliże tego sedna.
Panna Ironiczka opowie Wam dzisiaj trochę o marzeniach (czyżbyśmy już gdzieś słyszeli to słówko? Chyba tylko w bardzo zamierzchłych czasach…). Więc, moi drodzy, marzenia to rzecz w stanie lotnym, bardzo niepewna, przypominająca mały różowiutki obłoczek, który – już, już – zaraz na wzbić się do nieba, ale jednak nie jest jeszcze dość lekki, by to uczynić. Wciąż ciążą na nim kajdany naszej wyobraźni i okrutnej rzeczywistości. Bo jeśli ktoś miałby mnie spytać o przeciwieństwo słowa „marzenia”, odpowiedziałabym, że bez wątpienia jest nim rzeczywistość. Jedyna rzecz, która utrzymuje nas na ziemi i nie pozwala wzbić się wysoko – tam, gdzie księżyc i słońce wreszcie mogą się spotkać, po całodziennej wędrówce wokół nieboskłonu. A jednak dobrze jest mieć swoje marzenia – chociażby po to, by dodały nieco kolorów naszej codzienności, tak jak malarz rzuca na płótno jaskrawe barwy, by nieco rozpogodziły ponury krajobraz deszczowej uliczki. I ostatnie – czy marzenia powinny się spełniać, czy też może mają pozostać w stanie czystym, takie jakie stworzyła je nasza wyobraźnia? A może w końcu powinniśmy tylko myśleć, mieć jakąś małą iskierkę nadziei, że kiedyś, gdy już dawno o nich zapomnimy, gnani wieczną pogonią ku sławie, bogactwie i złudnemu szczęściu, powrócą one do nas niespodziewanie, by przypomnieć nam przysięgi złożone wymyślonym królom i władcom marzeń?
———————–

T: „Złamane” (16 lutego 2006 21:01)
„Przebiegła Wenus jak co noc
Wpatruje się w swoje zwierciadło
Co jakiś czas uśmiecha się sardonicznie*
Przebiega wzrokiem po gładkiej tafli
Próbując wychwycić w niej choć najdrobniejszą rysę
Bez powodzenia
W końcu wściekła ciska zwierciadłem w kąt
Nie słychać brzdęku tłuczonego szkła
Ani trzasku łamanej ramy
Tylko coś w niej pękło
Czy to serce?”



*sardonicznie – szyderczo, ironicznie
———————–

T: A w kominie szurum burum…  (2 kwietnia 2006 15:42)
Kochani moi! Primo, chciałabym zapewnić was, że nadal egzystuję, a co więcej – trzymam się wyśmienicie. To tak, jakby ktoś miał wątpliwości. Secundo, zauważyliście może, jakie piękne wzeszło dziś słońce? Jeśli macie ochotę je dokładniej obejrzeć, proponuję zaopatrzyć swoje czułe oczęta w różowe (ewentualnie szmaragdowe) okulary i wybrać się na najbliższy pagórek (podziwiając przy okazji kwitnące krokusy) w poszukiwaniu naszego pulchnego, złotego przyjaciela.
Towarzyszący mi dzisiejszego dnia nastrój najlepiej opiszą słowa pana Andrzeja Zauchy, a ja, chociaż raczej nie pochwalam cytowania tasiemcowatych tekstów w notkach, zamiast wkładania w nie „więcej siebie”, to ośmielę się posłużyć kawałkiem wspaniałej i bardzo odpowiedniej do odzwierciedlenia mych uczuć piosenki ”Zielono mi”…

A w kominie szurum burum,
a na polu wiatr do wtóru,
a na chmurze bal do rana,
a pogoda rozśpiewana.

Zielono mi i spokojnie,
zielono mi,
bo dłonie masz jak konwalie.
Noc pachnie nam
jak ten młody las,
popielatej pełen mgły,
a w ciszy leśnej
tylko ja i ty…

Zielono mi, szmaragdowo,
gdy twoja dłoń
przy mojej śpi, niby owoc.
Zielono mi,
bo ty, właśnie ty
w noc i we dnie mi się śnisz
i jesteś moją ciszą
w mieście złym.

A pogoda rozśpiewana,
a na chmurze bal do rana,
gada woda i sitowie,
że my mamy się ku sobie…

Hm… Czujecie? Wiosna nadchodzi.
———————–

T: „Czerwony szlak” (14 maja 2006 16:47)
13 wersów spisanych heksametrem*

„Zamieniamy się w krążący po uliach pył
Nasze poglądy stają się zwiewne niczym dym
Wszystkiemu winien tylko szczegółów realizm
Wpływający też na nasz indywidualizm
Bo choć myślimy, że życie w garści trzymamy
To rzeczywiście w ogóle nim nie władamy
Ślepy los wiedzie nasze serce ku nieznanym
Drogom i traktom, dotąd jeszcze niezbadanym
Lecz jeśli na obraną ścieżkę już wstąpimy
Baczmy, by z niej nie zboczyć, bo się wnet zgubimy
W zakamarkach wspomnień, ciasnych skrzyniach rozpaczy
A wtedy nikt więcej nas nie zdoła zobaczyć…
Idź szlakiem czerwonym – on słuszną drogę znaczy”

A utwór ten dedykuję wszystkim poszukującym.


*heksametr – trzynastozgłoskowiec
———————–

T: Holiday, czyli Sommerferien (22 czerwca 2006 15:21)
Do zobaczenia, gdzieś tam podczas wakacji.
Ja, tymczasem, wybywam.
Miłego!

I still remember about you, my dears;>
———————–

T: Można to nazwać powrotem. (29 października 2006 00:16)
Ktoś mi niedawno powiedział, że odnoszę się do ludzi z dystansem. Ktoś inny stwierdził, że nie powinnam się z tegoż powodu cieszyć. Ale ja i tak nie mogę powstrzymać wpełzającego mi na usta złośliwego uśmiechu. I cóż, o ja nieszczęsna, mam począć? Ktoś rzuca hasło: „Zmień się, popraw się, zrób coś ze sobą!”. Codziennie, niemiej jednak może w nieco innej, mniej dosadnej formie, słyszę te słowa, ukryte w zwykłych, na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniających się wypowiedziach. Gdyby tylko owy „ktoś” sam potrafił sprostać wymaganiom, które chce tak koniecznie narzucić innym!
Tak to już przeważnie bywa, że pozostali oczekują od nas tego… czemu sami nie są w stanie podołać.
***
Ostatnimi czasy ogarnia mnie coraz częśniej melancholijny nastrój. Może to jesień, może muzyka Howarda Shore’a, a może to tylko szara, sztywna rutyna codziennych zajęć? Prawdopodobnie jednak wszystko to razem wzięte.
Postaram się pisać częściej. Nie obiecuję, że mi się to uda, aczkolwiek pozwalam wszelkim uprzejmym istotom zadręczać moją osobę o dodanie czegoś nowego, po upływie miesiąca i jednego dnia od dodania ostatniego wpisu. Rezultat niegwarantowany.
Pozdrawiam, Panna I.
———————–

T: Nigdy nie wiem, co w te nieszczęsne okienka mam wstawić…  (28 grudnia 2006 23:58)
Panna I. wzięła w rękę miotełkę i zagoniła do szufelki resztki wena, jaki się jeszcze w pobliżu ostał. Panna I. obdarzyła krytycznym wzrokiem płaszczącą się na podłodze, z przepraszającą miną kupkę i pomyślała: „Cóż, przypuszczam, że niewiele tego pozostało”. No tak, i w tym się w nią zgadzam.
Nie powiem, że zrobiłam sobie niezaplanowane wakacje (czyli Holiday, yhym), gdyż urlop dla mnie trwa cały czas, z krótkimi przerwami na wytężony wysiłek umysłowy (niestety, konieczny w niektórych momentach. Ostatnio, powiedziałabym, że coraz częściej. Tak, tak, moi drodzy, niektórzy mówią, że bycie licealistą/tką to najcudowniejszy okres w życiu, ale jak sami mają opisać pracę układu wydalniczego, z wyszczególnieniem na skład moczu, to natychmiast milkną. Fascynujące zjawisko).
Panna I. daje mi do zrozumienia, że zbaczam z tematu. Jakby ona nigdy nie robiła tego… ał! Za co był ten rzut wałkiem? Doprawdy, nie można zaznać spokoju w tym domu wariatów. Wystarczy chwila nieuwagi, a już Twoja Druga Jaźń celuje w ciebie jakimś niebezpiecznym przedmiotem (dzisiaj – wałek, jutro – taboret. Nawet nie myślę, co będzie pojutrze).

***

[23/12]
Siostra.: Ktoś kupił karpia?
Wszyscy zgromadzeni w liczbie osób 4: …
Ja: Eee tam, i tak nikt nie lub– [milknie pod świdrującym wzrokiem mamy]
Babunia: Tradycja…
Mamusia: Niech ktoś skoczy na dół po karpia w galarecie [na stronie] byle szybko.

[24/12]
Ja: Edytko, te cukierki są przeznaczone do zawieszenia na choinkę, więc jeśli nie chcesz pomagać w nawlekaniu ich na te sznureczki, to przynajmniej ich [zagląda do pustego opakowania] nie wyjadaj. Dziękuję bardzo, kochana.
Edytka: [mlaska]

[25/12]
[po mszy]
Ja: Musimy iść znów oglądać, jak odstawiają tę szopkę?
Mamusia: Jak to – znów?
J.: No, w końcu co roku wstawiają to samo, wiesz: zwierzaki, siano, dzieciaki, księdza z gitarą i w góralskim kapeluszu…
M.: Ale co roku jest inna!
J.: A, rzeczywiście. Zdechłe owce wymieniają na żywsze, a tych smarkaczy, którzy rok wcześniej stracili głosy drąc się na takim zimnie, zastąpili nowymi. Zaiste, wielka zmiana. Możemy już iść?
M.: Posłuchaj przynajmniej jak śpiewają.
J.: [słucha] E, potrafię lepiej. I nie fałszuję jak ten…
[Ksiądz z gitarą i w góralskim kapeluszu ogląda się w moją stronę, po czym inauguruje zachrypniętym głosem kolędę "Do szopy, hej, pasterze!"]
J.: To może ja już pójdę…

[26/12]
Ja.: To jak w końcu kursują?
Mamusia.: Tak jak wczoraj.
J.: To mamy jeszcze pół godziny do przyjazdu.
M.: To przejdziemy się na następny przystanek.
J.: [myśląc o swoim zmarzniętym tyłku] No, trochę ruchu się przyda…
[w połowie drogi na następny przystanek, J. i M. słyszą turkot nadjeżdżającego tramwaju]
M.: [biegnąc] To jak ty patrzałaś na ten rozkład?
J.: [również biegnąc] No, na ‚Boże Narodzenie…’
M.: Ale przecież dzisiaj Drugi Dzień… to znaczy drugi dzień świąt jest.
J.: To, że nie mamy ochoty jeść 4000 kcal-orycznej kolacji po raz trzeci z rzędu nie oznacza, że to już koniec Świąt. A tak á propos, czy został może jeszcze kawałek serniczka?

[tego samego dnia, nieco później]
Ja.: Czy to aby nie „Kevin sam w Novym Yorcu”?
Siostra: Aha.
J.: [wychodzi zamaszystym krokiem z pokoju, w celu przemieszczenia się do pozbawionej kevina bezpiecznej przestrzeni kuchennej]

[27/12]
Siostra.: Święta, Święta i po Świętach.
Ja.: [pod nosem] HO. HO. HO.

[28/12]
Babunia.: A ta (to o mnie – przyp. autorki) znowu z nosem w książce.
Ja.: Czy nie leci przypadkiem ‚Moda na sukces’?
B.: No, przecież oglądam właśnie…
J.: To co powiedział Rich do Megan?
Mamusia: Ty nie bądź taka mądra…
[następuje 22-minutowa dyskusja na temat bohaterów wyżej wymienionego serialu]

***

Pamiętajcie. Jeśli zaczniecie interesować się kolejami losu postaci serialu, liczącego więcej niż 3000 odcinków z hakiem, to znaczy, że zaczyna z wami być coś nie tak. Jeśli dzieło posiada więcej niż 5000, powinniście chyba zacząć się niepokoić.
Tak, tak. A poza tym ostatnie dwa miesiące upłynęły pod znakiem pana Burtona, pana Elfmana oraz pana Pratchetta. I to naprawdę miło dowiedzieć się, że jakaś amerykańska stacja telewizyjna zadała sobie tyle trudu, by stworzyć ekranizację ukochanej książki. I nawet jeśli „Hogfather” to tania (jedynie ok.2,4 mln), koszmarnie zmontowana i aż rażąco serialowa produkcja, to jednak i tak zawsze będę kochać pana Herbatkę, Śmierć, Kwestora, czy O, boga…
Czy już wspominałam, że nie chcę wracać do szkoły? Pewnie w ciągu najbliższych kilku dni stanie się to moim osobistym mottem, ale…
A tak, „i żeby i wam rok szczęśliwej siódemki przyniosł szczęście!”, czy jak to tam szło (nigdy nie byłam dobra w tych nowomodnych życzeniach…)

Ps.: No dobrze, już dobrze, wprawdzie minęły dwa miesiące (chyba, że wyrobię się jeszcze przed 12:00), ale kto powiedział, że zawsze, ale to zawsze, muszę wywiązywać się z obietnic? [złoś-- to jest, przewrotny błysk w oku]
PsPs.: Fiu, fiu… To wyszło tak, jakby moja najdłuższa notka w karierze… yhym, na tym blogu (wtajemniczone osoby wiedzą, o czym mówię). Ogłaszamy Święto Narodowe?
———————–

T:… (14 sierpnia 2007 22:13)
No niee… Jutro…
———————–


Ps.: Notka pożegnala się zagubiła, a szkoda, bo byłam z niej naprawdę dumna. Cóż.