Ten blog chyba niedługo stanie się oficjalnym archiwum notek z wszystkich moich blogopodobnych tworów. Wpisy z kolejnego okresu:

1. A to wszystko, bo…
17.10.2007 o 22:19 

…”ona ma w sobie demooonaaa!”

 
Rzeczywiście, tak się to zaczęło. A potem reszta potoczyła się już sama.Jako że jest to pierwszy wpis, wypadałoby napisać szerzej coś o sobie.Nie cierpię bezmyślności, głupoty i próżności. Cenię sobie dbałość o estetykę i dobry styl pisma, ludzi z pasją i jasnymi celami w życiu, bogate wewnętrznie osobowości z nutką szaleństwa (takie jak ja).Jak widać, nie należę do zbyt skromnych osób, a moje mniemanie o sobie sięga stratosfery, ale jeśli nadal masz ochotę zmierzyć się z Mistrzynią Ironii i Cynizmu, zawsze możesz zaryzykować i zapukać.Prawdopodobnie nie otworzę, ale nie zaszkodzi przecież spróbować.

W każdym razie, witam wszystkich serdecznie.

2. Sapere aude.
19.10.2007 o 15:10 

Wiecie, dlaczego lubię blogi? Bo nie trzeba tu udawać kogoś mądrzejszego niż w rzeczywistości się jest (bądź w moim przypadku: kogoś głupszego, niż jestem; ach, ta moja wrodzona skromność…). Możesz napisać o najdziwniejszych rzeczach jakie ci chodzą po głowie i nikt nie będzie sobie z ciebie drwić (a jeśli będzie, wystarczy że skasujesz jego komentarz i o wszystkim zapomnisz). Możesz zwierzyć się ze swoich najgłębiej uchowanych sekretów paru nieznajomym osobom i czerpać radość z tego, że teraz i inni o nich wiedzą (a nuż i ten jedyny w jakiś sposób dowie się o twoich od dawna skrywanych do niego uczuciach?). I w końcu, możesz przekształcić swoje uczucia w słowa, frazy i wiersze – tych wspaniałych, nigdy nie zapominających, świadków twojego życia.

Osobiście nie mam potrzeby dzielenia się z innymi swoim zdaniem. Lubię za to czasem podroczyć się z moim piórem i spróbować przelać swoje myśli na papier (moich literackich wyczynów nawet nie staraj się odnaleźć, gdyż nie przypuszczam, by wyszło ci to na dobre), ale szybko przekonałam się, iż wyglądające na całkiem niewinne narzędzie piśmiennicze, wcale nie chce ze mną współpracować, a co więcej – robi wszystko, by w procesie twórczym mi przeszkodzić! (Lepiej się strzec zawczasu przed takimi wrednymi przyrządami).

Żadna jednak siła na tej ziemi nie powstrzyma mnie przed pisaniem (poza może pojawieniem się w swoich własnych, boskich osobach braci W., ale ich już śmiało można zakwalifikować pod kategorię mocy supernaturalnych) i oto wbrew wszelkim przeciwnościom losu (typu: upiorna nauczycielka geografii, pokrętne modele atomów  i śmiercionośne zdania z wielomianami) zjawiam się, obnażając przed wami swoje wnętrze i poddając je waszej ocenie.

Ha, i kto teraz powie, że nie potrafię dotrzeć do tłumów? Sam Arystoteles nie mógłby konkurować z moją zdolnością perswazji.

Ps. Aniu, zdjęłam zgodnie z twoim życzeniem to zdjęcie. Ale nie martw się – znajdę bardziej odpowiednie.
Ps2. Marto, masz się zalogować, albo zacznę tu umieszczać kompromitujące cię fakty. To nie była groźba (tylko zapowiedź). 

 3. Refleksje zebrane.
27.10.2007 o 23:46

 
Przelotna chwila, niejasne i nie do końca zidentyfikowane wrażenie, ulatujące w mgnieniu oka. Nieuchwytne. Niemożliwe do upolowania (bądź  do przyszpilenia do kartki ostrą stalówką). Nie wiem jak wy, ale ja nienawidzę tego uczucia… straty? Zastanawiam się potem wiecznie, czy to było ważne, czy myśl ta kiedyś ponownie mnie nawiedzi, czy pozostawiła po sobie jakiś niewidoczny ślad?Czasem chciałabym mieć pamięć Białego Wieloryba. Choć niepamięć też ma swoje zalety.Podobno wykorzystujemy tylko setną część swojego mózgu. A gdybyśmy mogli spożytkować go w całości? Jakimi torami poruszałyby się nasze myśli? Do czego dążylibyśmy? Czy potrafilibyśmy znaleźć wszystkie odpowiedzi, dysponując takim precyzyjnym narzędziem poznania?
E.T., przybywaj!

Swoją drogą, pokłony ode mnie w stronę pana Johna Williamsa za skomponowanie najpiękniejszej (no, może po „Edwardzie Nożycorękim”) ścieżki filmowej jaką widział świat.

Tak mnie jakoś ostatnio więzło na refleksje na temat sposobu ludzkiego myślenia. Nie wiem, może to wpływ zagrzebania w oświeceniu (Kanty, Kartezjusze, Woltery i inne nowożytne wykształciuchy), albo po prostu potrzeba publicznego popełniania pseudofilozoficznych (łał, aż sześć „p”) wynurzeń, które ktoś kiedyś użyje, by mnie oczernić. W przyszłości. Jak już będę tą błyskotliwą, wredną dziennikarką z CNNu.

Taa, pomarzyć zawsze można. Zresztą wcale nie interesuje mnie CNN. Chciałabym za to pisać felietony do jakiegoś regionalnego magazynu, gdzie mogłabym do woli narzekać na cały okrutny świat, odpowiadać na listy do psychologa i prowadzić dział z przepisami od czytelniczek, chociaż nie mam fioletowego pojęcia o gotowaniu, nie mówiąc o pieczeniu.
Oto, co chciałabym robić.
Może jeszcze od czasu do czasu wyskrobać jaką opowiastkę dla kobitek. Ewentualnie mrożący krew w żyłach horror, czy głęboki i poruszający dramat biograficzny. I liczyć na jego wydanie po mojej śmierci. Ale nie popuszczajmy za bardzo wodzy fantazji.

Ha, widzicie? Ironia wróciła, a wraz z nią nieodłączna Wena. To chyba dobra prognoza na nadchodzącą jesień.


 

4. Głównie narzekanie.
10.12.2007 o 22:14 



Muzyka ma w sobie coś oczyszczającego. Jak dotyk bryzy na skórze w upalny dzień. A może raczej jak fala obmywająca nasze stopy i z każdym nadejściem grzebiąca nas w mokrym piasku coraz głębiej. O tak, unosząca nas coraz dalej i dalej w głąb morza… I gdy pewnego dnia w końcu się odwrócimy, nie ujrzymy za sobą brzegu.Ale co tam. Zawsze lubiłam pływać. A przynajmniej starać się nie utonąć. W gruncie rzeczy to mi właściwie najlepiej wychodzi. Sparafrazujcie sobie sami.

Zima nadchodzi, a ja, o dziwo, czekam na nią z utęsknieniem, co przy mojej tolerancji na chłód jest bardzo podejrzane. Pal sześć licho Święta, ale wolność – niech już będzie te marne dziesięć dni – to coś, czego w tej chwili mi potrzeba. Miami, malibu z parasolką i ja. Dex, masz na mnie zły wpływ, ty niegrzeczny potworze.

Ciekawe, co w tym jest, że płeć piękną bardziej dzisiaj pociągają podłe dranie niż panowie pozwól-że-podniosę-twoją-chusteczkę. Może to coś z hormonami? Taak, to na pewno coś z nimi.
A Snape dzisiaj u mnie nocuje.

Czemu jutro nie może być sobota?Okej, wiem czemu, ale to i tak wciąż mnie drażni.Cholerna szkoła i cholerne wstawanie o wpół do siódmej.Danny, przytul mnie.

(I tak udało mi się zawrzeć w jedynym poście imiona trzech z czterech ukochanych przeze mnie facetów. Czy to oznacza, że powoli zaczyna dawać mi się we znaki znamienny dla tej pory roku brak światła? Chyba potrzebuję paczki chusteczek. Albo nie, najpierw pójdę poszukać mojego Księżyca.)

Cholerna, bezksiężycowa noc.


 

5. My god.
11.12.2007 o 22:24 



Oingo BoingoInsanity (1994)  

 6. Sentymenty.
16.01.2008 o 21:39





To on. Facet, którego możecie minąć na ulicy nawet na niego nie spojrzawszy. Czarny płaszcz, czarna koszula, czarne rozwichrzone włosy. Blada, pociągła twarz, długa i chuda szyja. Może jest atrakcyjny, może nie – to nie ma znaczenia. Bo gdy bierze do ręki pióro, wszystko przestaje się liczyć. Oprócz historii.

To właśnie jest znakomite w pisarzach – biorąc do ręki ich książkę, nie musisz ich znać, ale mimo wszystko to swojego rodzaju zaproszenie. Chodź do mnie, pokażę ci skrawek swojego świata, zaprowadzę cię do niego. Tylko daj mi rękę. A my możemy się zgodzić… bądź nie. Zawsze też możemy się wycofać, jeśli nie odpowiada nam poczęstunek jaki zaoferował nam gospodarz. Podziękować, wyjść, odłożyć książkę na półkę.

Zdarza się jednak, że sam poczęstunek nam już nie wystarczy i zdajemy sobie sprawę, że łakniemy czegoś więcej, następnych kęsów, łyków, stajemy się coraz bardziej łapczywi, chciwi, niecierpliwi. Aż w końcu na stole nie pozostaje już żadne danie, a my musimy zadowolić się resztkami kąsków, które utknęły między zębami, ewentualnie zbieraniem okruszków i oblizywaniem talerzy. To wszystko co zostaje po uczcie.
I jeszcze to okropne, rozdzierające poczucie tęsknoty, gdy zwietrzymy gdzieś znajomy zapach, a w ustach poczujemy znów słodko-gorzki smak.

Logicznie rzecz biorąc nie jest możliwe, by poznać kogoś tak totalnie i dogłębnie, żeby nie cieszyć się na ponowne z nim spotkanie. Tylko w pewnym momencie, dochodzimy do niego powoli, zawsze powoli, ale nieuchronnie, kiedy nasza znajomość staje się tak naturalna i normalna, że przyzwyczajamy się do czyjejś obecności – co jest jednocześnie najwspanialszą i najgorszą rzeczą, jaka zdarza się w związku (z braku lepszego słowa, używam to, narzucające nieco zbyt niechciane skojarzenia) – po prostu wszystko zaczyna być obdarte z pewnej dozy tajemnicy, staje się męcząco przewidywalne. Wiesz, jakie będzie następne słowo, wiesz, jak odpowie na zadane przez ciebie pytanie i mimo że nawet czasem cię czymś zaskoczy, zdajesz sobie sprawę, że nieoczekiwany prezent nie przyprawia cię już o te przyjemne ciarki, co kiedyś.Oczywiście, potrzebujemy takich znajomych miejsc, osób, wspomnień, do których można powrócić. Bez nich zgubilibyśmy się w chaosie, jeszcze przed początkami świata. Ale zerwanie… nie, raczej rozluźnienie znajomości bywa zwyczajnie trudne. Kiedy dociera do nas, że musimy opuścić gościnne domostwo, gdzie czujemy się lepiej niźli u siebie, kiedy przychodzi czas, by porzucić wygodne siedzisko na fotelu przed kominkiem gospodarza… to zwyczajnie trudne. A przecież nie zostawiasz tego miejsca na zawsze, będziesz mogła je odwiedzać (… jako gość, szepce cichy głos w twojej głowie), jeśli tylko przyjdzie ci na to ochota.

Ale to już nie to samo, co wygrzewać się przy ogniu, słuchając opowieści snutych głębokim, spokojnym głosem. Teraz już znasz ich zakończenie.
Wszytko ma swój początek i koniec. Co za cholerna prawda. Kiedyś nadejdzie nawet kres mojej bezmyślności. To będzie dopiero dzień.

A tymczasem pan Neil zaprasza na herbatkę.


I wciąż uczę się jak dojść do sedna i przekazać to, co zamierzam przekazać. Próbuję znaleźć odpowiednią drogę. Co nie przeszkadza temu, że pisanie bzdur (cóż, wyobrażam sobie, że dla osoby postronnej – czyli wszystkich poza mną – muszą to być kompletne brednie) nieprzyzwoicie mnie relaksuje. Nie zaszkodziłby też mały masaż karku, ale nie można mieć wszystkiego, niestety.

7. Siódmy Pot-ter*
26.01.2008 o 10:52 

Pottera czytam.

Schowana, nie szukać.

Ps.: Jo, jak mogłaś nam to zrobić?
Ps2.: ZGREDEK! ! ! *depresja*
Ps3.: Czy to naprawdę już… koniec? *chwila namysłu, po której następuje triumfalny okrzyk* Nie ma mowy! Są  jeszcze fanfiki. A fanfiki są przecież wieczne. Każdy o tym wie!
Ps4.: A za pominięcie „snape’okształtnej dziury” chętnie zdzieliłabym Polko patelnią. Ale ogólnie rzecz biorąc dobrze się spisał nasz staruszek, niech się w końcu wybierze na zasłużone wakacje.
Ps5.: Mam ochotę coś napisać. I to baaardzo wielką ochotę. To nie może skończyć się dobrze. 

* bo pani ze Świata Książki wie najlepiej


 

8. Butelki, pieniek i garść dolarów.
15.02.2008 o 00:06


Mam dobry humor. To znaczy – miałam go cały dzień, ale uznałam, że teraz jest właściwa pora, by to zakomunikować. Mniej więcej.
W każdym razie, przed trzecią przekroczyłam już swój dzienny limit wypowiedzianych słów, a nadmiar świeżego powietrza przyczynił się do fatalnego w skutkach uwolnienia nadmiaru endorfiny. A potem było już tylko gorzej (lub lepiej – zależy z której strony patrzeć).

Odkryłam, a może raczej zdałam sobie sprawę (bo to, czy lubimy coś, czy też nie, nie zależy zupełnie od nas; to siedzi w nas głęboko i z biegiem czasu możemy tylko odnajdywać swoje  upodobania), że uwielbiam czeskie filmy. A konkretniej – czeski humor. Co jeszcze potęguje fakt, że język ten tak wspaniale brzmi w konfrontacji z polskim. Chwilami napisy są po prostu zbędne.

A tymczasem wsłuchuję się w – i to nie żart – westernowskie melodie, autorstwa pana Morricone. To musi mieć coś wspólnego z… przyciąganiem Księżyca? Prawdę mówiąc, to nie mam pojęcia z czym. Chyba tylko taki okres.

No i nie załapałam się na czternastego. A niech to szlag.


 

9. „They all deserve to die…”
24.02.2008 o 21:06 

„Tell you why, Mrs. Lovett, tell you why?”

Eh, któż pojmie moją miłość do musicali?


Jest nieśmiertelna.


Któż wmówi mi, że Burton to zwykły człowiek?


Przecież ja go kocham.


Któż wytłumaczy mi, dlaczego czuję ciarki na dźwięk tego głosu?


Chcę go słuchać wiecznie.


Za króciutką chwilę zapomnienia oddam wszystko.


 

10. Sprzedawca broni.
17.03.2008 o 21:53 

Nie ma to jak książka napisana przez twojego ulubionego aktora. Co prawda, napisana dziesięć lat temu, kiedy jeszcze nie miałaś o jego istnieniu fioletowego pojęcia, ale to szczegół.


„Przy tej książce będziesz śmiał się na cały głos.”
Independent on Sunday 

Powinni mnie ostrzec o tym zanim po nią sięgnęłam. Panie z „Empika” były nieco… zbite z tropu moją niewyjaśnioną radością, której dałam wyraz wybuchając głośnym śmiechem – podejrzewam, że doskonale słyszalnym jeszcze kilka pięter niżej, znając mnie – i próbując szybko go stłumić, na wszelki wypadek chowając się wcześniej w dziale literatury pięknej.
Nie ma to jak książka, która póki co jest poza zasięgiem i którą chciałabym przeczytać, a nie mam aż tak nieograniczonej ilości czasu, by ślęczeć kilka godzin w sklepie, jak w przypadku… pewnym innym przypadku, tak.Cóż, niedługo mam urodziny. A wcześniej… a wcześniej jest Dzień Dobroci Dla Fanek Lauriego, o! Nie widzieliście? W tym roku wypada dokładnie w tą niedzielę! Zaznaczcie sobie tę datę w kalendarzu i wspomnijcie mnie wtedy łaskawie.

11. Dzisiejszego dnia ómarłam.
26.03.2008 o 21:42 

Dzisiaj dowiedziałam się od mojej polonistki, że mam dysleksję. Częściową, ale zawsze.Czuję się jak kaleka językowa. Słowa przekręcają mi się pod palcami, a ja nic nie mogę na to poradzić.
Help! Nie chcę skończyć jako grafomanka. *Ma doła*
Z innych wieści: czas w dalszym ciągu umyka.

Może ktoś z was mógłby mi polecić jakieś skuteczne czasołapacze?Nie?A co ze zbędnym biletem na „Upiora” w Romie…?Też nie?No, doprawdy! Czy ja naprawdę tak wiele wymagam?Sama sobie na to odpowiedz. 

A co, rozdwojenie jaźni jest w końcu w modzie.


Edit:
Jednak nie jestem dyzlekdyszką! Uff, a już myślałam, że nie ma dla mnie ratunku. I nawet deklaracje maturalne (o zgrozo! Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę!) nie są w stanie stłumić mojej nowonarodzonej miłości do życia.


 

12. Zmieniacz czasu, poproszę.
03.05.2008 o 23:19


Przyszłam, żeby coś napisać, bo pomyślałam (bardzo rezolutnie, zresztą), że dawno już nie brałam pióra do ręki i jeśli ta sytuacja się jeszcze bardziej przeciągnie, mogę wyjść z wprawy, co by było olbrzymią tragedią dla ludzkości, jako że w nadchodzącym czasie zamierzam wydać bijącą wszelkie rekordy popularności powieść, więc moja dobra forma literacka ma w tym przypadku duże znaczenie dla moich potencjalnych czytelników, jeżeli tylko się takowi kiedyś znajdą, amen. Ach, jak ja to zawsze powtarzam – skromność przede wszystkim. Ta rzadka już dzisiaj cecha charakteru, skądinąd wysoko ceniona przez różne ważne osobistości (weźmy dla przykładu takiego… pff…), ma przed sobą świetlaną przyszłość, ja to czuję.
 

Taak. Więc po Makaroniarzach przyszedł czas na Żabojadów. Wieżę Ajfla zaliczyłam, Luwer takoż. Dzielnicę Różowego Wiatraczka i Chatę Da Vinciego też mam za sobą. Mimo wszystko… trudno mi przyzwyczaić się do tego kraju jako do części Europy. Prawdę mówiąc, trudno w ogóle przyzwyczaić się do jakiegokolwiek kraju innego od Polski, jako do czegoś swojskiego. Albo reszta kontynentu jest tak różna od nas, albo to my wytworzyliśmy wokół siebie jakąś barierę, którą odgradzamy się od wpływu obcych kultur (przynajmniej po części; w końcu McDonald nie spadł z księżyca). A może to ja nie chcę widzieć zachodzących dookoła mnie zmian, zamknięta we własnym świecie? Whatever. Efekt mamy ten sam. Jesteśmy, kurde, inni. Już sam fakt, że Polak bez żadnego powodu – ba, mając nawet niezły powód, by tego nie robić! – zawsze będzie dumny z tego, że może manifestować swoją przynależność, gdziekolwiek by się nie znalazł. Ja to nazywam zboczeniem na tle historycznym, inni mówią na to: patriotyzm. 

Skierujmy jednak temat na ciekawsze tory, a mianowicie – kimże bym była, gdybym o tym nie wspomniała – mój własny. Ostatnio znów zaczęło mnie ciągnąć w stronę rocka (trochę wytchnienia po musicalowej manii… Ile ich zaliczyłam w zeszłym miesiącu? Sześć? Siedem?), co mnie naładowało na jakiś czas zdrową, rock’n'rollową energią i przy okazji doprowadziło do nadwrężenia moich strun głosowych (a na śpiewaniu pod prysznicem się to zwykle nie kończy; czasem mi żal sąsiadów, że muszą wysłuchiwać moich wrzasków 24/dobę… ale tylko czasem), ale biorę podróbkę Choldrexu, więc o stan mojego gardła nie musicie się martwić, jednak dzięki za troskę, to naprawdę miło z waszej strony. Wracając do rocka… Niekiedy mam wrażenie, że powinnam urodzić się z trzydzieści lat wcześniej, najlepiej gdzieś na południu Stanów.

Przeżywałabym młodość w szalonych latach 70/80, widziała na żywo koncert O’Boingowców, poszła na premierę pierwszego Batmana, spotkała chłopców z Kansas, nosiła kowbojski kapelusz, a na koniec wyjechałabym do wioski Cheeroke i wyszła za jakiegoś porządnego pół Sycylijczyka, pół Indianina – żeby było ciekawie, z rudymi włosami. Albo z czarnymi oczyma. Albo z tym i tym. Powinnam… 

Zaczynam po raz trzeci oglądać stare odcinki Supernatural. Z każdym następnym razem kocham braci coraz bardziej. Myślicie, że to niebezpieczne, taka miłość do wyimaginowanych postaci? A co tam, mnie to już chyba nic nie może bardziej zaszkodzić. Wystarczy spojrzeć na mnie… a potem na inną, pierwszą lepszą osobę. Widać różnicę, nie? Widać też dokładnie, kto jest z tej dwójki normalny (i wcale nie uważam, by mój trzytygodniowy pobyt na Mącznej 12 dawał mi w tym aspekcie jakąkolwiek przewagę, wcale a wcale).Cóż, ogólnie rzecz biorąc, czuję się zwyczajnie po nastojaszczy horror szoł. I chwała panu Stillerowi*, howgh!

 * pan ten tłumaczył Mechaniczną Pomarańczę Burgessa i jest moim osobistym, małym bożkiem; swoją drogą – muszę go kiedyś poznać 

Ps. A miało być o dorastaniu, do diabła. I znów poważne kwestie przesunęły się na dalszy plan.

_____________________________________________________

I to na tyle. Ale będę miała wspaniały poprawiacz nastroju na stare lata. „To naprawdę  JA to pisałam?!”