Tralalala

takie tam.

Wpisy z okresu: 2.2010

Dwa dni temu mojemu blożkowi stuknął szósty rok.

No matter what the future brings
As time goes by
.

*zdmuchuje świeczki*

A teraz wracam do nauki prawa, choć Merlin wie, jak wielką mam na to ochotę (i chyba nie tylko on).

Ps. Uwierzylibyście, że tworzenie bloga w tym serwisie jest teraz darmowe? Żądam moich 7 złotych z Vatem z powrotem.

To tak tytułem wstępu. Kolejna porcja absurdu z okresu 05.2008 – 03.2009.


29 maja 2008
1. Happy birthday.
Wszystkiego najlepszego, panie Elfman.
Żyj nam długo, pisz muzykę jeszcze wspanialszą, magiczniejszą niż dotychczas (jeśli to możliwe) i wydaj w końcu kolejną rockową płytę, na którą wszyscy czekamy od 13 lat.

 

 

10 lipca 2008
2. OMGYAY.
To, swoją drogą, niezbyt składne słowo najlepiej określa to, jak się w tej chwili czuję. A jak się czuję? Zoingoboingoizowana, mówiąc w dużym skrócie. A myślałam, że te czasy mam już dawno za sobą. Także tak to wygląda. Dziecko wyszperało w necie stronę z diabelnie trudno dostępnymi kawałkami swojej ulubionej kapeli rockowej i się cieszy. Bo wie, że gdzieś tam w szerokim oraz dzikim świecie istnieją tacy jak ona, dotknięci tą samą manią, i choć nie może z nimi dzielić się swoją szaleńczą radością na żywo, to przynajmniej jednoczy się z nimi duchowo w wirtualnej rzeczywistości. Ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że Dannym nie musi się z nikim dzielić, bo jest w stu procentach, calutki do jej dyspozycji. No, przynajmniej głosowo (a sio, zbereźne myśli!). Ale za to o każdej porze dnia i nocy. No, koniec już z tą trzecią osobą.
Taak. W tym momencie jestem w pełni szczęśliwa. Być może tak czują się młodzi ludzie zwerbowani do sekt po praniu mózgu, nie wiem. Jedno wiem na pewno: niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. Ci, którzy mnie znają, wyłączając siebie, wiedzą, że nie jestem zbyt stałą osobą. I jeśli przytaczam słowa w stylu „nigdy” lub „zawsze”, to albo przedawkowałam kofeinę, albo szykuję poważne wyznanie miłosne (podpowiem, że nie tknęłam dzisiaj nawet pudełka z kawą).
Jak nadal trudno wam zrozumieć, jak się czuję, to skonkretyzuję: mam wrażenie, jakbym cofnęła się do lat siedemdziesiątych, kiedy panowała złota era rocka, a wielkie odkrycia muzyczne i aktorskie dokonywały się w sitcomach albo w autorskich nightshowach, a nie za drzwiami studiów nagraniowych, gdzie za rekomendacją grubej koperty, daleki kuzyn reżysera dostawał główną rolę i zaczynał swoją wątpliwą karierę. Mam wrażenie, że wystarczy odsłonić firanki, żeby zobaczyć idących po ulicach, ubranych w kolorowe stroje fanów wszelakiej muzyki zmierzających na koncerty i poza pogardliwymi spojrzeniami rzucanymi w swoje strony, nie zwracających poza tym na siebie uwagi. Mam wreszcie wrażenie, że gdybym zamknęła oczy i wystarczająco mocno wsłuchała się w płynące z głośników dźwięki, mogłabym również stać się ich częścią.
Dziwne, nie?

 

20 lipca 2008
3. Fantastic!
Mówiłam już, że uwielbiam seriale?
Nie?
No więc: uwielbiam seriale. Poważnie.
Ja wiem, naprawdę – telewizja to wytwór Szatana, ale mimo wszystko…
Czasem potrzebujemy ucieczki od rzeczywistości i gdzie znajdziemy lepsze miejsce do ukrycia się, niż w świecie wyimaginowanych, idealnych bohaterów? I mimo że ich przygody nie nauczą nas prawdopodobnie żadnych podstawowych życiowych prawd, to dadzą nam więcej – moment wytchnienia, podczas którego nie będziemy musieli troszczyć się o własne problemy, otrzymawszy błogosławieństwo zapomnienia (najczęściej trwające do 42 minut, wliczając napisy końcowe).
Efekty uboczne? Niekontrolowane wybuchy radości w mało odpowiednich chwilach. Albo to po prostu moje niesforne skojarzenia, prześladujące mnie na każdym kroku. Tak czy inaczej – jakże się cieszę teraz ze swojej zdolności do nadmiernego zadowolenia, kiedy inni nie widzą już powodów do śmiechu. Bo w sumie to prawie jak dar.


7 września 2008
4. Carry on, baby.
Właśnie obejrzałam finał II sezonu Supernatural. Po raz kolejny. O 11 w nocy. I gdyby tego było jeszcze mało, nie mogłam się powstrzymać i ryczałam przy śmierci Sammy’iego. Po raz kolejny. Czy to czyni mnie niestabilną emocjonalnie? I lepsze pytanie – czy nie jest to wyraźna oznaka szaleństwa?
Eh, dokładnie w takich momentach zdaję sobie sprawę, jak bardzo brakuje mi niektórych rzeczy. Maleńkich, drobnych, z pozoru nieważnych rzeczy. Takich jak…
„You’re my big brother. There’s nothing I wouldn’t do for you.”
Boże, jak ja się cieszę, że żyję w XIX wieku. I wiem, że znalazłoby się na tym świecie mnóstwo plugastwa, na które można by z entuzjazmem ponarzekać. W końcu – ilu ludzi tak robi? Ale wystarczy pomyśleć, o tych wszystkich małych rzeczach, które pchają nas do przodu. Które łączą nas. Racja, brzmi to z tej perspektywy patetycznie – ale to cholerna prawda. A oni zawsze będą naszymi cholernymi bohaterami. Zawsze.

 

20 stycznia 2009
5. Go, go!
Idź, i zrób coś ze swoim życiem, dziewczyno! Przestań się opieprzać, rusz cztery litery i łap za łopatę… no, może nie dosłownie. W końcu nikt nie przyjdzie i nie zacznie za ciebie porządkować twoich brudów. A trochę się tego zebrało. Czas przestać bujać w obłokach i zejść na ziemię, bo tu od ostatniego razu sporo się zmieniło.
Przecież wiem, że nie jesteś głupia. Dobrej woli ci nie brak, tak samo jak zdrowego rozsądku, cierpliwości może odrobinę, ale to da się nadrobić uporem. Choć pierwszy punkt twojej filozofii życiowej brzmi: „Zmiany to samo zło”, to chyba jednak warto coś wreszcie zmienić? Kolor ścian w pokoju, tytuły książek na półkach, miejsce szklanki na biurku – cokolwiek. A najlepiej podejście do życia.
Mam nadzieję, że to pomoże.
Ps. I przestań marzyć o tych… Edwardach. Oni nie istnieją!
PsPs. [dopisek z 1 lutego 2010] Żeby było jasne – nie chodzi mi tu o żadne Edwardy w sensie materialnym czy choćby metafizycznym. Edward to swojego rodzaju metafora, która z biegiem czasu dokonuje przeobrażeń w sferze semantycznej, stając się w końcu manifestem aktu illokucyjnego. I tak, studia wypaczają psychikę.
 

21 marca 2009
6. Ten songs that changed my life.
AC/DC – Back In Black
W dawnych, zamierzchłych czasach, w okresie gdy byłam zafascynowana muzyką filmową i nie słuchałam właściwie niczego innego, zaczęłam oglądać pewien serial, o znamiennym tytule „Supernatural”. Usłyszałam o nim na forum literackim, gdzie pewne użytkowniczki z entuzjazmem rozprawiały o niejakich braciach Winchester, a konkretnie – który z nich jest bardziej seksowny. Poczułam się zaintrygowana, a moja ciekawość kazała mi dowiedzieć się czegoś więcej o tym tajemniczym serialu. No i tak też się stało. Oprócz miłości do braci, która z sezonu na sezon rośnie coraz bardziej, zaraziłam się też miłością do klasycznego rocka, którym prawie każdy odcinek jest szczodrze okraszony. A że już w pilocie pojawiły się dwa utwory AC/DC, nabrałam do tego zespołu niewysłowionego sentymentu. I kiedy już kupię sobie wymarzoną Impalę (zdaję sobie sprawę, że nigdy w życiu nie odważyłabym się jeździć po polskich drogach Impalą – takie przeżycie przepłaciłabym chyba ostrymi palpitacjami za każdym razem, gdybym musiała ją zostawić samą na ulicy… polskiej ulicy)… w porządku, wymarzone auto, w mojej samochodowej płytotece znajdą się na pewno utwory AC/DC, które będą mi bez wątpienia przypominać o chłopcach W. I przy okazji wkurzać innych kierowców, kiedy będę je puszczać na cały regulator w korku w środku miasta, błahaha.

Danny Elfman – Jack’s Lament
Zdaję sobie sprawę, że filmy Burtona (szczególnie te z udziałem Johnny’ego Deppa) z jakiegoś powodu w ciągu ostatnich kilku lat zaczęły cieszyć się wielką popularnością, będąc czymś w rodzaju manifestacji inności (lub raczej: dziwności) i odejścia od hollywoodzkiej mody i nic na to nie poradzę, choć przecież częściowo przez to straciły nieco ze swojej magii… Nie wiem też, czy powinnam się z tego cieszyć, nie wiem też, czy takie rozważania czynią ze mnie osobę próżną (och, ależ jestem przekonana, że nią jestem). Kulturalna ewolucja jednak dała nam możliwość przeżywania jej produktów na nasz własny sposób – w końcu nikt nie musi się przyznawać, że jest fanem tego a tego aktora, albo że o odruchy wymiotne przyprawia go głos tego a tego wokalisty. Cudowna swoboda myśli i wypowiedzi sprawia, że możemy swoje upodobania wyrażać jak nam się tylko to podoba (ale serio, nie ma potrzeby wykrzykiwać tego całemu światu, który naprawdę nie jest tym aż tak zainteresowany). Ale odbiegam od tematu.
Dlaczego ta piosenka? Och, to dość długa historia. Powiem tak – to był pierwszy film Burton/Elfman, który obejrzałam (Batman się nie liczy, bo to przy obiedzie i jednym okiem w zupie, a drugim na ekranie tv) i wprawił mnie w coś w rodzaju… no właśnie, ciężko to nazwać. Obsesja to chyba dobre słowo. Do tej pory uważam, że Danny włożył w tę ścieżkę kawałek swojej duszy, po prostu czuć w niej coś więcej, niż tylko brzmienie jego niesamowitego głosu. Należy też wspomnieć, że ten animowany musical widziałam dziesiątki razy, soundtrack przesłuchałam setki i to w różnych językach, a w każde Święta oglądam go regularnie na TV4 z okropnym (choć nawet pociesznym: ROTF na dywanie dla „Ojej”) polskim dubbingiem. Najmilej wspominanym przeze mnie wydarzeniem będzie chyba spotkanie w jakimś włoskim mieście podczas wycieczki klasowej grupki dziwnie ubranej młodzieży, stojącej na ulicy i śpiewającej właśnie „Jack’s Lament” we włoskiej wersji. Oczywiście – zaczęłam śpiewać razem z nimi, ale poza wymianą uśmiechami nic więcej nie zdążyłam zrobić, bo już pędziliśmy dalej, dalej zwiedzanie i oglądanie. Zawsze coś miłego przytrafia mi się we Włoszech i zawsze będę chciała tam wrócić (czy ma z tym coś wspólnego fontanna di Trevi? – kto wie).

Emir Kusturica & The No Smoking Orchestra – Lubenica
Muszę przyznać, że nie rozumiem ani słowa z tej piosenki, począwszy od samego jej tytułu. Ale to nic, bo jestem pewna, że słowa akurat nie są tu ważne. Kiedyś opisałam koleżance zespół Emira mniej więcej jako „lekko podchmieloną kapelę weselną, tańczącą na stole przy akompaniamencie rozbijanej zastawy”, mając w pamięci świeży jeszcze obraz z filmu „Czarny kot, biały kot”. No ale kto wsłuchuje się w słowa piosenek podczas przyjęcia weselnego? (Szczególnie, jak orkiestra jest zalana w trupa i ma problemy z ich wyartykułowaniem.) Wszyscy liczą wtedy na zabawę do białego rana, okazję do wyśmiania się za wszystkie czasy, dużo wina i wódki, energiczną i skoczną melodię w tle… To wszystko kojarzy mi się właśnie z tą muzyką. To skojarzenie jeszcze się pogłębiło i utrwaliło w mojej pamięci, kiedy miałam okazję uczestniczyć w koncercie Emira & tNSO, który jakimś zrządzeniem losu zjawił się w mojej mieścinie rok temu. Choć jak po raz pierwszy zobaczyłam plakat, myślałam, że to tylko moje halucynacje, które utrzymywały się jeszcze na długo po koncercie. To dowodzi temu, że cuda się zdarzają. Naprawdę.

Grzegorz Turnau – Mój ojciec
Tego pana też nie mogę pominąć przy wymienianiu znamienitych piosenek, choć już nie słucham go tak często jak kiedyś. Piosenka ta przypomina kołysankę, a jej słowa są zaczerpnięte z wiersza Zbigniewa Herberta pod tym samym tytułem. Zwykle trwam przy zasadzie „to nie słowa tworzą muzykę, a muzyka kształtuje słowa”, ale w tym wypadku jest odwrotnie (wyjątek od reguły, zdarza się) – słowa płyną w nurcie melodii i zaczarowują ją w dym z fajki, wyprane firanki i gorzki uśmiech. Żadna tam ze mnie poetycka dusza, żebyście sobie nie myśleli, ale niektóre rzeczy mnie ruszają. Mimo wszystko, preferuję prozę, sztuk jeden, proszę, dziękuję, do widzenia.

Jamie Cullum – Old Devil Moon
Z perspektywy czasu (czas, czas, ciągle przewija mi się to słowo) ten wokalista nie jest jakoś specjalnie wybitny, ma w swoim repertuarze sporo coverów znanych już utworów, przearanżowanych w stylu pop/jazz (ze wskazaniem na lewo) i do tego ma słodką gębę. Ale tak, kiedyś* był jednym z tych artystów, których słuchałam w kółko dla poprawy humoru (*kiedyś=wtedy, gdy muzykę uznawałam głównie za remedium na skołatane, nastoletnie nerwy). No a Dżejmik (tak go nazywa przyjaciółka, która mi podrzuciła jego płytę) ma taki spokojny, kojący głos – nic, tylko go przytulić i zmierzwić czuprynkę. Ach, tak. Nie wiem dlaczego, ale jego piosenki wyjątkowo nadają się do śpiewania pod prysznicem. (Wiem, o czym właśnie pomyślałaś/eś. I to bardzo nieładnie mieć takie myśli, oj nie.) Przez tego pana nawet przez jakiś czas rozważałam karierę śpiewaczki jazzowej, ale pomysł ten szczęśliwie szybko porzuciłam.
Stary, zły księżyc, który nie pozwala mi spać do późna (kawa nie ma z tym nic wspólnego), chichocąc bezczelnie w czeluściach nocy… A mrok zdecydowanie źle wpływa na mój stan psychiczny… Wybaczcie – raczej MhRrOOck, zapomniałam się. Dbajmy o poprawną pisownię i gramatykę w Internecie, kochani.

Jonathan Larson – Rent
Oto dowód na to, że z powodzeniem można połączyć modern musical z rockową oprawą – czyli symbioza, o której istnieniu nie śmiałam kiedyś nawet marzyć. Och, oczywiście, ma on kilka wad, poczynając od zbytniej idealizacji i uproszczeniu fabuły (WTF? przecież mówimy o musicalu, na Merlina!), a kończąc na usterkach w sekcji instrumentalnej… Ale jest to też kolejne dzieło, do którego mam sentyment z powodu osobistego przywiązania. Mianowicie ten musical jest pierwszym, na którym miałam przyjemność uczestniczyć osobiście w szczecińskiej operze – jak i również pierwszy od wielu lat wystawiany w ogóle w moim mieście, więc wiecie – hip, hip – hurra! dla organizatorów. Po obejrzeniu miałam ochotę natychmiast z miejsca jechać do Chorzowa, ale jakoś się powstrzymałam. Co mogę jeszcze o nim powiedzieć? Och, wpada w ucho, to na pewno. Stwarza wokół siebie odpowiednią beztroską atmosferę, czujesz tę bohemę w kościach i chcesz ją przeżyć. Już samo to, że musical wzorowany był na operze Pucciniego o czymś świadczy. Poza tym Mark jest w moim typie, ale nie mówcie tego nikomu.

Led Zeppelin – In My Time Of Dying
Kiedy zastanawiam się, jak usłyszałam o tym zespole, nie mogę sobie przypomnieć. Może zawsze wiedziałam o jego istnieniu, tylko musiałam dorosnąć do jego słuchania. Niektórzy mówią, że wychowywali się na płytach swoich rodziców (tak między innymi moja przyjaciółka [inna od tej, o której wcześniej wspominałam] zapałała miłością do jazzu – zaraziła się nią w dzieciństwie) – no to ja w takim razie wychowałam się na polskich i zagranicznych hitach radiowych, bo w domu mieliśmy jedynie kasety polskich gwiazd i płyty, które zakupiła siostra (której muzycznego „gustu” nie będę oceniać, bo jeszcze to przeczyta i mnie pobije wałkiem). Tak, wychowałam się na tym, lecz wyrosłam na miłośniczkę klasycznego rocka oraz (co nie mniej ważne) soundtracków i muzyki instrumentalnej, w formie ujazzowionej lub uklasycznionej. O czym to świadczy? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że jak już się w czymś zakocham, to będę to kochać do grobowej deski. No bo co, kurczę blade, w uczuciach trzeba być wytrwałym, tak nam mówią na religii przynajmniej. O czym to ja…?
Jasne, Zeppelini. Nie pamiętam swojego pierwszego razu z tym zespołem, ale na pewno jego revival przeżyłam po tym, jak został wspomniany w „Supernatural”, który to serial zresztą jest nadal dla mnie skarbnicą wiedzy o najlepszych zespołach rockowych (chwała Kripke). A mianowicie w scenie, gdy Dean uczy małego chłopca okrzyku bojowego Winchesterów: „Led Zeppelin rules!”. Dlaczego ta piosenka? W sumie mogłam wymienić wiele innych, ale w tym wypadku nie mam wątpliwości, że jest ona moją ulubioną tego zespołu. Nie dlatego, że jest najdłuższa, czy genialnie brzmi w wersji koncertowej, nie. Ma wspaniałe, „przewlekłe” intro, a pierwsze słowa śpiewane są z taką jęczącą skargą, że to urzekające. A potem zostaje już tylko sama esencja tej niepowtarzalnej ledzeppelinowatości. I chce się wyć ze szczęścia i tęsknoty. Czyli tak, jak być powinno. Khem, khem, khem.

Oingo Boingo – Grey Matter
Tak, wybrałam ten tytuł, żeby być konsekwentna (jak w nagłówku „10 songs”), ale tak naprawdę to nie ma żadnej piosenki tego zespołu, którą chciałabym wyróżnić. Są takie, które słucham częściej o innych, są wreszcie takie, których słucham tylko w określonym nastroju, jednak nie ma lepszych. Bo Oingo to dla mnie sposób myślenia, sposób na życie i sposób na uporanie się z tym życiem.
Do Oingo przekonał mnie z początku Danny – po NBC miałam chrapkę na coś więcej, ale po usłyszeniu paru piosenek… zupełnie ich nie strawiłam. To było w okresie muzyka-instrumentalna-przewyższa-wokalną i po prostu nie lubiłam za bardzo takich brzmień. Na szczęście, jak głosi mądre, staropolskie powiedzenie, „gusta się zmieniają” i pewnego razu, przeglądając muzyczną biblioteczkę natknęłam się ponownie na ten zespół. To była miłość od drugiego wejrzenia (co, nie wiedzieliście, że taka istnieje? W ogóle, taka mała dygresja – często i gęsto rzucam tą miłością, jakby tak łatwo nią było kogokolwiek obdarować, ale musicie mi to wybaczyć, bo w dzieciństwie nie zaznałam jej wystarczająco i teraz odbijam sobie na wszystkich wokół, nie wyłączając oczywiście nieznanych mi, rudowłosych mężczyzn zza oceanu). Wtedy zwróciłam większą uwagę na słowa (angielski nie stał jeszcze u mnie wysoko, ale dzielnie się uczyłam, pochłaniając tony fanfików), zaczęłam podśpiewywać, rozbierałam kolejne piosenki na części, wyłapywałam instrumenty (hobby z młodości), czekałam na momenty, w których głos Danny’ego jest bardziej zachrypnięty, potrafiłam słuchać jednej piosenki 20 razy dziennie i wciąż nie mogłam się nią nacieszyć… do diabła, czego ja nie robiłam? (Chyba tylko brakowało, żebym wybudowała ołtarzyk i składała w ofierze jakieś bezbronne zwierzątka.)
Do tej pory wszyscy moi znajomi wiedzą już o mojej obsesji. Niestety, nie udało mi się znaleźć bratniej duszy, z którą mogłabym się nią dzielić. Ale właściwie – czy tego chcę?


Stephen Sondheim – Pretty Women/ Epiphany/ Little Priest

Wiem, to małe oszustwo z mojej strony, ale wyjaśniam – traktuję te trzy piosenki jako nierozerwalną całość, bo razem tworzą sedno historii o której opowiadają, coś na kształt literackiego modelu „rozwój akcji-punkt kulminacyjny-rozwiązanie”, a że jedno nie może obyć się bez drugiego… Te trzy utwory łączy osoba Sweeneya, szalonego balwierza (odmawiam nazywania go golibrodą, ponieważ to profanacja), który po utracie żony zaprzysiągł zemstę na wrednym sędzi Turpinie i robi wszystko, żeby ją osiągnąć. W końcu jego marzenia się ziszczają – sędzia, nie poznając go po 15 latach wygnania, zjawia się w jego progach prosząc o golenie. W zaszlachtowaniu nikczemnika przeszkadza mu jednak narwany młody żeglarz i Sweeney musi wyładować swoją złość, wywijając dzierżoną w dłoni brzytwą (na szczęście nikomu nie staje się krzywda… jeszcze). Kiedy opada z sił, jego towarzyszka, pani Lovett, wpada na genialny pomysł rozruszania cukierniczego biznesu przy pomocy pasztecików z ludzkim mięsem. Historia pisana na faktach.
Pewnie wielu ją zna, w końcu i ja najpierw obejrzałam film Burtona (jak na niego, to średni), zanim sięgnęłam po broadwayowski oryginał, który stał się moim ulubionym musicalem, nawet jeśli jakość nagrania z 1982 roku nie powala. Znam go na pamięć, każdy ruch, każdą minę na twarzach aktorów, każde zdanie (no, do dzisiaj trochę już zapomniałam, ale większość potrafię jeszcze przywołać). Sama dopasowywałam angielskie napisy (kto chce, niech pisze, to podeślę), żeby lepiej rozumieć szybko wymawiane kwestie. A historia, historia… piękna i tragiczna. Bo co można jeszcze powiedzieć o arcydziele, oprócz banalnego stwierdzenia, że jest arcydziełem?

Franz Schubert – Erlkonig
No i ostatni utwór, bez żadnych fajerwerków, ale za to z głośnymi fanfarami, klasyk i wielkie dzieło światowej muzyki poważnej ze słowami wiersza Goethego. Wspominałam, że nie jestem zażartą wielbicielką poezji, ale to właśnie ona najsilniej działa na świadomość i ma więcej wspólnego z muzyką, niż dzieła epickie (rymy, rytm, harmonia i równowaga wszechświata, taak…). A więc „Erlkonig”. Musiałam nauczyć się go recytować w gimnazjum na lekcje realioznastwa, także z początku szczerze nienawidziłam tego wiersza. Ale kiedy usłyszałam je w wersji Schubertowskiej… Przeszły mnie dreszcze. I nie była potrzebna cała orkiestra do zbudowania nastroju, wystarczyło tylko pianino i tenor. Przy okazji zaczęłam doceniać precyzję, z jaką instrumenty potrafią imitować zwykłe dźwięki i uczucia: tętent konia, szum wiatru, trzask gałęzi, napięcie, podniecenie, nadzieję… i to, że wyrażają je czasem lepiej, niż słowa i gesty.
Nie o wszystkim można napisać, wiecie. Czasem trzeba usiąść i zwyczajnie posłuchać.


  • RSS