Tralalala

takie tam.

Lampki choinkowe w końcu ogłosiły kapitulację i dobrowolnie dały mi się rozplątać. Trwało to jakiś czas, acz w końcu okazało się, że podstępne lamki postanowiły się zepsuć. Bezczelność. (dop.aut.: napisano o 12:coś)
Nie będę oryginalna, o nie, napiszę o tym, co dziś jest najbardziej aktualne – a że dzisiaj dziwnym trafem wypada nam 24 grudnia, tematem będą… (chwila napięcia), a jakże by inaczej, oczywiście Święta.
Magiczny czas? Czy nudy wieczór spędzony z raz w roku widzianą rodziną na obżeraniu się tonami żarcia? A może coś innego? Może Święta są dla każdego z nas tak wyjątkowe, że nie potrafimy opisać ich tylko jednym słowem? Coś w tym jest, o tak moi drodzy. A chociaż teraz może niektórzy z nas (włączając autorkę tej notki) nie potrafią jeszcze określić, czym są dla nich Święta, to już za kilka lat, gdy do naszego życia wkradnie się rutyna, będziemy mogli wyrecytować jednym tchem: „Święta to masa pracy w kuchni i mnóstwo pieniędzy wydanych na prezenty dla bliskich, które i tak w końcu ci ostatni rzucą w kąt…”
A Święta będą niezwykłe tylko do czasu, gdy każdy z nas będzie umiał uczynić je niezwykłymi. Kiedy w każdym człowieku będzie potrafił ujrzec bliźniego, a nie kolejną rzecz, dzięki której można się jeszcze bardziej wzbogacić. Kiedy zdejmiemy… Jak się to mówi? Komercyjną otoczkę z naszego życia. I zaczniemy się cieszyć naprawdę.
Właściwie ta notka miała pojawić się dziś rano (na co wskazuje początek) i traktować o zupełnie czymś innym a przede wszystkim – być w tonie optymistycznym. A ja znów smęcę, jak zwykle. No, a na dodatek ile to ja napisałam! Któż by to widział?
Kończę mój wspaniały felieton, bądź jakkolwiek byście „toto” nazwali. A życzenia? A życzeń nie będzie. Bo już każdemu komu chciałam, złożyłam. A Ci, którzy chcą być ponownie pożyczeni, niech i tacy będą. Wszystkiego…;) (zakończę optymistycznym akcentem – żeby nie było…).

Czy wiecie, jak się czuje człowiek, który jest chory? Więc czuje się z pewnością dokładnie jak ja. Spytacie w takim razie: jak się czuje wasza biedna Agatka? A odpowiedź brzmi: czuje się źle, jakby ktoś wyssał jej powietrze z mózgu i wypełnił go jakimś cięzkim, trującym gazem. Właśnie trującym.
Podobno najlepsze pomysły przychodzą nie podczas wytężonego, umysłowego myślenia, lecz zupełnie przypadkiem. To by chyba wyjaśniało, dlaczego tak żadko dodaję jakiekolwiek notki. Bo najlepsze pomysły przychodzą do mnie przed zaśnięciem. No, a potem o nich zapominam.
Tym razem jednak, będę pisać wyjątkowo konkretnie. A tematem mojej opowieści będzie… Tego dowiemy się w toku.
Pytania i odpowiedzi. Po co ludzie zadają sobie trud, by szukać odpowiedzi na swoje pytania? Mogą przecież całe życie przeżyć w słodkiej niewiedzy… Zajmować się łatwymi, prostymi i miłymi sprawami. Bujać w obłokach, czy też wąchać kwiatki na łące. Ale onni szukają. I… nie zawsze znajdują. Więc… czemu? Cały sens tkwi w samym szukaniu. Dążeniu do źródła. Przebywaniu kolejnych etapów swoich zachamowań, czasem uprzedzeń. A gdy w końcu dotrzemy do wymarzonego celu i ugryziemy kawałek soczystego jabłka wiedzy, może nam posmakować, wydać się świeże i soczyste. Ale może też stać się gorzkie i niesmaczne. Zatrute…
Być może w tym momencie niektórzy zastanawiają się – co też najlepszego ona wypisuje? I tu jest pikuś. Każdy odbiera na innych falach. Widzi świat przez inny pryzmat. I to jest naszym największym skarbem. Różnorodność. Nieprzewidywalność i niezroumienie, które niekiedy prowadzi również do zguby.
Tak więc: o czym była ta notka. Niektórzy rzekną: „O niczym, niczym ważnym”, natomiast inni: „To było istotne dla mnie, będę szukał…”. Ci ostatni wezmą mnie za ostatnią wariatkę. Tak również bywa.
Myślmy i bądźmy. Zdrowi, to po pierwsze. A po drugie coraz mądrzejsi.

W końcu znalazłam coś dla siebie (oczywiście bez żadnych żaluzji,co do bystrego zwierzątka umieszczonego na rysunku;)). Niestety, nie napiszę dziś wam wiele, bo czeka mnie jeszcze ukształtowanie i inne bzdury dotyczące Afryki, czyli cięzkiej doli ucznia ciąg dalszy. Pocieszam się wizją sobotniego ranka, spędzonego w kinie z moją mądrą, piękną i skromną przyjaciółką:*
Taak. Ostatnio skończyłam z „Eragonem”. Bardzo… pouczająca książka. Biedny Brom…;((( Głupi Cień;P Niech go ognie piekielne pochłoną;)
Aaa… niedawno spadł pierwszy śnieg;) Ale popołudniu stopniał i tyle go było widać;P
Wiem, że ta notka nie będzie ani ciekawa, ani treściwa (na takie potrzebuję i czasu i chęci), ale nie wińcie mnie za to. Mam mętlik w głowie, jak po przejściu Tsunami. Ale i tak was kocham. I chcę wakacje. I lody czekoladowe. I jeszcze nachos. I „Najstarszego”. I żeby Możdżer nagrał nową płytę. I koniec z korupcją! Żadnych podatków! Szkoła przez internet i telewizję! No dobrze, trochę się rozpędziłam. Wystarczą mi tylko wakację na Teneryfie. I tyle.
Do szybkiego zobacznia
Ps. To był przykład jak napisać notkę o czymś i o niczym. Autografy rozdaję po występie.

Bardzo którko i bardzo zwięźle. Przed chwilą doszłam do wniosku, że nie umiem pisać notki na poczekanie. No i notki właściwie nie będzie. Chciałam tylko was uświadomić, że żyję i mam się w miarę dobrze (to będzie chyba pierwsza moja notka, którą niektóre osoby przeczytają w całości:P). Długi weekend niestety, co muszę stwierdzić z bólem serca, dobiega powoli końca (nie wspominam już o tym, ze z lekcjami nie ruszylam sie nawet o centymetr:P). Życie biegnie monotonnie… I cóż by więcej rzec: czekajcie na następną notkę, która ukaże się niebawem (czytaj: kiedy kochany pan informatyk upora się z okropnie wredym wirusem). Do szybkiego zobaczenia!

SS…

7 komentarzy


lovesnape.jpg

Severus Snape… The Dark Master®, czyli dzień z życia profesorka
Notkę tę oto dedykuję Paulinie, Marcie, Oli oraz Kasi, z nadzieją, że w pełni ją zrozumieją, a być może nawet opatrzą komentarzem, co będzie wielkim sukcesem, biorąc pod uwagę jej rozmiary:) Co do treści, to była ona narzucona przez wenę… I nie przez wszystkich zawarte w niej żaluzje mogą być dobrze odebrane… W każdym razie – życzę udanej lekturki!

– NIEEEEE! TYLKO NIE ON!!!
Takim oto okrzykiem radości Severus Snape powitał nowy dzień. Leżał plackiem na podłodze oddychając ciężko i wciąż nie mogąc odpędzić się od wizji Juniata pochylającego się ku niemu w wyraźnym celu… Zresztą – wolał już o tym więcej nie myśleć.
Rozwścieczony do granic możliwości Mistrz Eliksirów podniósł się szybko z zakurzonej, kamiennej posadzki („chyba przydałoby się w końcu trochę posprzątnąć… pora wkopać w coś Pottera, on najlepiej poleruje te kamienne płytki…) i zaczął miotać się po gabinecie w poszukiwaniu szaty, której nie zdąrzył jeszcze przyodziać w ciągu tego tygodnia.
Jego poszukiwania przerwało jednak natarczywe walenie do drzwi. Z lekkim strachem zauważył, że po chwili znad framugi zaczyna sypać się tynk, kiedy to tajemniczy gość załomotał jeszcze gwałtowniej, widocznie zniecierpliwiony ociąganiem się Severusa. The Dark Master pośpieszie odział się w atłasowy szlafrok i otworzył z mieszaniną ciekawości i strachu drzwi.
Nie od razu dojrzał twarz przybysza, ponieważ pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to wielki, brązowy płaszcz z krecich futerek (albo frecich… [trzask!]), który dokładnie zasłaniał całe wejście do lochów. Zaraz jednak olbrzymia postać wtoczyła się z trudnem do środka – najpierw pierwsza noga, przypominająca wielkością małą sosnę, potem ogromny bebol(brzuchol:P:P:P), rozwichrzona broda, para żukowatych oczu i reszta Hagrida.
- Hagridzie! – zawołał Snape, takim tonem, jakby przed chwilą do jego gabinetu wtargnął pierwszoroczny uczeń, a nie dorosły nauczyciel ochrony nad magicznymi stworzeniami.
- Snape! – warknął półolbrzym, kiedy zlokalizował w końcu miejsce pobytu Severusa, co było dość proste z tej wysokości – Minerwa powiedziała mi, żebym nie nachodził cię o tej porze, bo może się to dla mnie źle skończyć…
- I miała rację… – mruknął Snape.
- …ale mam do ciebie ważną sprawę – ciągnął dalej Hagrid, który najwyraźniej dosłyszał te słowa, bo po chwili dodał ostrzejszym tonem – I wiedz, że nigdy nie wierzyłem w te historyjki uczniów, jakobyś miał hodować czerwone kapturki pod swoim biurkiem.
- No tak, bo przecież to twoja robota.
- Wiesz… – widać było, że Hagridowi mało brakuje, by nie rąbnąć czymś Mistrza Eliksirów, ale nawet on nie był taki głupi, żeby się odciąć, więc kontynuował – Wczorajszej nocy… Cholibka, właściwie nie wiem od czego zacząć.
- Może od początku? – zaproponował the Dark Master.
- Dobra, już dobra. Więc w nocy jak zwykle poszedłem zrobić se przechadzkę w blasku księżyca. Ide se i tak ide, i nagle się zuważłem, że zwędrowałem już nieco dalej od mej chałupki. To se rozglondam dokoła i patrzam – jakaś cichosza wokoło. Sie z deka zestrachałem, pnie psorze, pomyślałem se od razu, że…
- Czekaj – przerwał zimno Snape i spojrzał z ukosa na Hagrida – Ale co mnie to…
- No, do tego zmierzam. To chciałem wracać a tu – trach! – obok mnie szczała śwista! To ja widziałem, te wredoty mi tutaj nadciągają. No to, ja wiedziałem, że tak będzie, aha, aha…
- A co to ma…
- Czekaj pan, jeszcze nie skończyłem. To zwiewam czym prędzej, bo ostatnio tym centałrom mój Graupek panienkę podprowadził, to nie dziw, że wkurzone były…
- Do cholery, ty ogłupiały wymiocie! – wkurzył się nie na żarty Miszcz Eliksirów – Powiedziałem ci, że masz się zamknąć, czy nie tak??!!
- No ale ja…
- Więc jeśli twój mózg nie nadąża nad językiem, z łaski swojej zabierz mi ten swój półolbrzymi zadek z przed nosa!
- Ale…
- I żadnych ale w moim gabinecie! – wrzasnął na odchodne Severus, zatrzaskując drzwi za Hagridem.
Wydawać by się mogło, że nic tak nie rozwścieczy człowieka, jak namolny człowiek o 7 nad ranem, ale Snape był inny – dla jego serca (i tak już dostatecznie zimnego i bezlitosnego) miodem było pognębianie ludzi, którzy widocznie oczekiwali od niego pomocy. W tym momencie bowiem nie obchodziło go, co olbrzym miał mu do powiedzenia – teraz interesował się jedynie stanem swojego uzębienia.
Punkt 7:37 zjawił się na śniadaniu, całkowicie ubrany i zaopatrzony w swój nieśmiertelny, ironiczny uśmieszek. Spoczął pomiędzy Minerwą oraz Flitwickiem, osobami, z którymi nigdy nie zamienił podczas posiłku ani słowa, i którzy czym prędzej odchodziły od stołu, kiedy tylko on do niego przybywał. Przy tym znajdował się na tyle daleko od Sybilli, by nie musieć wysłuchiwać jej uwag, na temat stanu i koloru swojej cery. Żałosne.
Przeżuwając zimną jajecznicę rozglądał się po Wielkiej Sali w poszukiwaniu uczniów, którym mógłby już od rana odebrać pierwsze punkty. Jednak nikt, jak za złość, nie okazywał chęci do jakichkolwiek psikusów, co z resztą zdarzało się zawsze, gdy uczniowie wiedzieli, że jest w pobliżu. Przy stole Slytherinu Crabe i Goyle spisywali zadanie domowe, od siebie nawzajem, co znaczyło, że nawet jeżeli były one w połowie dobrze wykonane, teraz nadawały się do śmietnika. Dalej Draco Malfoy rozmawiał konspiracyjnym szeptem z grupką starszych Ślizgonów, co chwila zerkając w stronę stołu nauczycielskiego. „Pewnie zastanawiają się, jak wyrwać Granger” – pomyślał Snape. Natychmiast skierował wzrok na drugą stronę, gdzie znajdował się stół Gryffindoru. Jakcyś dwaj palanci majstrują przy aparacie, Brown i Patil zmieniają sobie kolor rzęs… Wiem, że jestem piękny i każdy chce dla mnie wyglądać olśniewająco, ale żeby do tego stopnia?… O, jest Granger. Rzeczywiście, nienaturalnie często spogląda w stronę Draco… I jeszcze ten jej wyraz otępienia… A może ona go miała zawsze, tylko nie zauważyłem? To by wiele wyjaśniało.
Nagle zabrzmiał gong, a uczniowie pośpiesznie zaczęli opuszczać Wielką Salę, by pospieszyć na zajęcia. Snape wstał powoli od stołu i skierował się do swoich lochów. Kiedy w końcu znalazł się w mrocznym korytarzu, prowadzącym do jego klasy, zauważył, że zgromadzeni tu uczniowie przyglądają mu się ukradkiem. Może dlatego, że wygląda dzisiaj wyjatkowo sexy?
Wkroczył do klasy i zasiadł za katedrą, a w tym czasie małolaty zaczęły wyjmować swoje książki i przybory. Z zadowoleniem stwierdził, że Święta Trójca jest nieobecna.
Gdy ostatni uczeń zasiadł na swoim siedzeniu, drzwi otworzyły się z hukiem i do klasy wtarnęli spoźnieni o dokłanie 57 sekund: Potter, Weasley, Granger.
- Potter, Weasley, Granger, myślałem, że chociaż zachowujecie pozory tego, że wcale nie uważacie się za kogoś więcej niż każdy z nas. Widocznie się myliłem, bo wy widocznie usiłujecie wszytkim POKAZAĆ, że regulamin szkolny absolutnie was nie dotyczy. – rzekł Snape i delektował się nienawistnymi twarzami Trójcy.
- Ale my… – zaczął szlachetny Potter.
- Szlaban Potter – Snape w końcu wypowiedział słowa, które chciał rzucić od samego rana, szukał tylko odpowiedniego pretekstu. – Jutro. Osiemnasta. Posadzka w moim gabinecie wymaga gruntonego wyczyszczenia – dodał tak, żeby tylko on go usłyszał.
Zadowolony z siebie jak nigdy the Dark Master zajął się prowadzeniem lekcji.
- Skoro już wielka trójca postanowiła zaszczycić nas swoją obecnością, mogę przejść do tematu naszych zajęć…
Jak co tydzień wypisał na tablicy składniki mikstury, a zadaniem uczniów miało być jej sporządzenie w ciągu dwóch godzin lekcyjnych, co, jak podejrzewał, przy ich poziomie intelektualnym, było prawie niemożliwe. Krążył więc między stolikami, sprawiając, że zdenerwowanym uczniom probówki wylatywały nagle z dłoni, a Nevile przeszedł nawet samego siebie: kiedy Miszcz Eliksirów stanął za nim i cicho odchrząknął, chłopak wskoczył do swojego kociołka i zaczął w nim tańczyć coś na kształt salsy.
Pod koniec zajęć, żaden eliksir, oprócz tego, należącego do kujonki Granger, nie przypominał barwą ciemnej purpury, nawet niewiele miało jakikolwiek odcień czerwonego. Snape podejrzewał, że dzisiaj wystawi więcej „T” niż kiedykolwiek w swojej szkolnej karierze.

***

Severus wpadł do Wielkiej Sali, gdy była już ona pełna. Zwykle jadał bardzo wcześnie bądź dość późno, kiedy wszyscy już skończyli, jednak tym razem bardzo się śpieszył – popołudniu miał bardzo ważną i tajną sprawę do załatwienia (czyt.: nie powinniście tymczasowo o niej wiedzieć). Nie zwlekając ani chwili pośpieszył do pierwszego wolnego miejsca przy stole. Miał wyjątkowego pecha, bo jedyne dwa wolne miejsca znajdowały się obok Sybilli, oraz przy boku Dumbledore’a. Z dwojga złego, wybrał to lepsze.
- Ach, Severusie, cóż za miła niespodzianka, ostatnio tak rzadko się widujemy przy posiłkach – powitał Albus Snape’a.
- Sam rozumiesz Dumbledore, początek roku szkolnego, mam dużo pracy, a mało czasu…
- Ale znajdziesz chyba minutkę, żeby wpaść dziś do mojego gabinetu na słówko, prawda?
- No nie wiem, miałem właśnie…
- Wiedziałem Severusie, zawsze mogę na ciebie liczyć- odparł Albus, jakby zupełnie nie słyszał odpowiedzi Snape’a – A wracając do naszej regene… znaczy, rekonwersacji…
Podczas dzisiejszego obiadu Snape dowiedział się więcej o prapradziadku Dumbledore’a, Samie, niż kiedykolwiek wcześniej (podono mieszkał w jakimś Śródmieściu i był hoblatem… Bzdury).
Nie próbując nawet deseru, Severus opuścił Wielką Salę i postanowił, że w drodze do Hogsmead, odwiedzi Hagrida i dowie się, po jakie licho nachodził go o siódmej nad ranem.
Przechodząc między grządkami warzyw w ogrodzie półolbrzyma nadepnął na coś obślizgłego i kruchego, lecz kiedy chciał zobaczyć co to było, owe COŚ pękło z głośnym trzaskiem(trz!) i eksplodowało, odrzucając biednego Seva aż na ścianę chatki Hagrida. Owy łomot widocznie zaalarmował gajowego, bo po chwili z czujną miną i kuszą na ramieniu wyszedł z wnętrza, a zauważywszy niemały dół pośrodku swojego ogródka pośpieszył czym prędzej w tamtym kierunku.
W tymże też czasie drogi Miszcz Eliksirów zdołał już otrząsnąć się z szoku po tym wypadku i powstać na dwie, patyczkowate nogi. Hagrid przez chwilę z zastanowieniem przyglądał się dołowi, z nad którego jeszcze się dymiło, dopóki Snape’a nie chrząknął krótko, pragnąć widocznie zaznaczyć swoją obecność. Gajowy wolno przeniósł wzrok na the Dark Mastera, a potem znowu wpatrzył się w zczerniały dołek.
- To twoja robota Snape? – powiedział dziwnie wyobcowanym tonem.
- Nie wiem, do czego zmierzasz – odrzekł ostrożnie Sev.
- Czy to ty zabiłeś Jelenię?
- Co?!
- MOJĄ JEDYNĄ JELENIĘ????!!!!! – ryknął Hagrid i rzucił się nagle w kierunku Snape’a.
Zaskoczony tym atakiem Snape… O nie, przepraszam, nasz Miszcz nigdy nie był niczym zaskoczony, więc spokojnie wyjął różdżkę i potraktował gajowego zaklęciem łaskoczącym.
- Powiedz mi najpierw, o co ci chodzi, potem możesz próbować zacząć się na mnie rzucać!
- Dobraaaa-haha… Tylko…przestań…haha…
Snape zdjął z półolbrzyma zaklęcie i cierpliwie czekał.
- Czym… Albo kim jest Jelenia?
- To jest… A właściwie ona jest… elfem. Ale całkiem miejscowym.
- Phi, miejscowym… Wiadomo przecież, że elfy nie żyją w tym lesie, ani nigdzie indziej w promieniu paru tysięcy mil…
- Tak, ale ona była taka samotna, nikt jej nie lubił, no i na dodatek maleńka taka…
- Elfy SĄ zazwyczaj maleńkie. Wiesz, że zabierając ją z gniazda, mogłeś sprowadzić na nas plagę?
- Jaką plagę? Pewnie nie zauważyli nawet, te elfickie głąby…
- Jednak to było bardzo nieodpowiedzialne Hagridzie. Czy Dumbledore wie?
W tym momencie wydawało się, jakby Hagrid nagle skurczył się o kilka stóp. Pochylił się i spuścił głowę z miną winowajcy.
- Jeszcze nie, zamierzałem mu…
- Nie będzie takiej potrzeby. Wieczorem wybieram się do niego i przekażę mu tą wesołą nowinę.
Snape uwielbiał takie momenty, kiedy jego przeciwnik gorączkowo poszukiwał wyjścia z sytuacji, jaką on przed nim postawił. Widział nawet kotłujące się w głowie olbrzyma myśli… Może dlatego, że studiował oklumencję…? Szczegóły.
- No dobra… Przyszedłem do Ciebie rano, bo mam z nią pewien problem. A wiem, że umiesz przyrządzać każdą miksturę… (podlizywacz – pomyślał Snape). Bo widzisz – Hagrid rozejrzał się wokoło świrdując przeszywającym wzrokiem swój ogródek i okalające Zakazany Las drzwa, po czym zniżył ton do konspiracyjnego szeptu: Ona… chyba się zakochała…
- Zakochała?!
- Ciiiiiiiszej Snape… To dość wstydliwa sprawa, ale wydaje mi się, że ona… coś czuje do… no, do Kła – wyjąkał w końcu Hagrid.
- Do Kła? Poczekaj, czy ty mówisz o swoim….
- Tak, psie, wiem, że to niezwykłe, ale wszystko na to wskazuje. Chyba ją kręci to, jak on się ślini, sam nie wiem, może ona myśli, że to na jej widok? Jak myślisz?
- Ale… naprawde nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.
- Och, pomyślałem, że mógłbyś mi uważyć jakieś antidotum, byłbym Ci dozgonnie wdzięczny…
- Hagridzie, wiesz przecież, że nie mam czasu na takie…
- Proszę Cię, Snape, nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc! Mów, co chciałbyś w zamian!
Snape zastanowił się przez chwilę. Widać było, że gajowy był na tyle zdeterminowany, że gdyby zarządał, by skoczył w jaskraworóżowej sukience do jeziora, on zrobiłby to. Jednak nie zmierzał tracić takiej szansy (co nie oznaczało, że chciał zobaczyć, jak Hagrid prezentuje się w sukience…) i zażyczył sobie bardziej przydatnego prezentu.
- Śledziona Testrala…
- Śledziona? Ależ bardzo trudno o nią…
- Nie ma śledziony, nie ma antidotum – Snape postawił sprawę jasno. Owego składnika eliksiru nie mógł znaleźć już od wielu lat, a wiedział, że dla Hagrida, zdobycie tego cennego organu będzie możliwe, choć piekielnie trudne. Wszak Testrale nie lubią, gdy gonią ich półolbrzymy z tasakiem w ręku i niezbyt miłymi zamiarami.
- Dobrze już, jutro rano ci ją dostarczę…
- Wolałbym, żebyś zrobił to po obiedzie.
- Niech będzie.
- A teraz wybacz, gdyż się śpieszę.
I bez pożegnania Snape podążył ścieżką w kierunku Hogsmead. Miał dzisiaj wyjątkowe szczęście, skoro udało mu się namówić Hagrida do darowania mu śledziony Testrala… W końcu będzie mógł uważyć szampon do włosów tłustych! Koniec z przetłuszczającymi się końcówkami!
W podskokach poprzez las, w końcu po upływie pół godziny, Snape w znakominym humorze trafił do miasteczka. Do gospody „Pod Świńskim Łbem” dotarł bez problemów, choć wydawało mu się, że za rogiem „Doodie Street” zobaczył dwie znajome, rudawe czupryny, ginące we wnętrzu pobliskiego sklepu. Dziwne…
- To samo co zawsze Frinz? – spytał barman.
- Nie tym razem, Ben – odparł z kwaśną miną the Dark Master, obiecując sobie, że kiedyś walnie go za tego „Frinza”. Zupełnie nie wiedział, dlaczego wszyscy stali goście w gospodzie tak go nazywali.
Snape spoczął na pobliskim stołku i przypomniał sobie scenę, sprzed ponad dziesięciu lat, która się tutaj rozegrała… Do dzisiaj nie mógł sobie wybaczyć, że nie zdołał usłyszeć wszystkiego, co ta kobieta miała do powiedzenia… Być może jakby znał jej całą treść, mógłby uratować jeszcze ich życie… Ale czy zdołałby wtedy uratować SIEBIE? Z tych dość ponurych rozmyślań wyrwał do nagle trzask (trz!) otwieranych drzwi.
Do gospody weszła postać odziana w czarne szaty i szczelnie zamaskowana. Była niezwykle wysoka, szczyt jej spiczastej tiary omiótł próg wejścia, gdy wchodziła lekko pochylona do przodu. Można było w tym momencie zobaczyć dokładnie jej oczy, bo tylko one były widoczne spod maski, osłaniającej dokładnie jej twarz: przypominały dwa lodowate mentosy o smaku kwaśnego jabłka. Postać szybko ruszyła w kierunku lady, wywołując przy tym fale mroźnego powietrza.
- Wyłącz klimatyzację z łaski swojej, zrobiło się zimno – rzekł Miszcz, w ten sposób witając się z nowoprzybytym gościem.
- Wybacz, zapomniałem – odpowiedział chrapowatym głosem człowiek w masce i zaczął coś majstrować pod połami szaty. Po chwili przeraźliwe fale zimna przestały dokuczać, a „Czarny” odkaszlnął nieco zmieszany.
- Te upały to dla mnie prawdziwe utrapienie! Gdyby nie ten klimatyzowany zestaw, nie wychodziłbym z domu…
- Musisz jednak bardziej uważać, ludzie z wioski zaczynają coś podejrzewać… Wiesz co ostatnio słyszałem? Że stary Klaus Bam-Gerner rozpowiada wszystkim, iż widział Ciebie rozmawiającego z grupą miejscowych dementorów.
- Eh…
- Chyba temu zaprzeczysz, prawda Misiek?
- No, to w sumie mogła być prawda, bo w czwartek widziałem się z wujkiem…
- Z wujkiem??!! Ile razy powtarzałem? Nie, nie raz, ani nie dziesięć, ale sto razy ci mówiłem!…
- Och, Sev, nie wkurzaj się tak…
- Jak mam się nie denerwować! Bądź co bądź należysz do mojej rodziny! Co sobie ludzie pomyślą, jeśli Cię zobaczą rozmawiającymi z takimi typkami…
- No więc właśnie dlatego chciałem się z Tobą spotkać Sev… Bo widzisz, słyszałem, że ten Bam-Gerner chce iść do Ministerstwa i zgłosić, że jestem niezarejestrowanym dementorem… Wiesz, oczywiście, że nim nie jestem, ale pokrewieństwo, sam rozumiesz, mogłby się zacząć niewygodne pytania…
- Minsterstwo to nic w porównaniu z aurorami. Wiesz jakby oni Ci tyłek obrobili? Przecież wiadomo, że półdementorzy nie cieszą się zbytnim powodzeniem… Uważasz więc, że powinnienem porozmawiać z Klausem (super-rausem) i namówić go, by zapomniał czego był świadkiem?
- Tak, jakbyś mógł – Misiek był wyraźnie ucieszony tym, że Severus tak prędko wszystko zrozumiał.
- Musisz jednak wiedzieć, że wiele bym ryzykował, odważając się na wizytę u tego człowieka.
- Ale zrobisz to dla mnie, prawda Sev?
- Tak zrobię to, ale bynajmniej nie z twojego powodu. Pójdę do niego, bo gdyby Ministerstwo dowiedziało się o twoim pochodzeniu, musiałbym niepotrzebnie tracić swój cenny czas na niepotrzebne wizyty w Londynie. A w tym roku, nie mam na to czasu.
- Dzięki, naprawdę, stokrotne…
- I zrób coś z tym głosem – powiedział Snape wstając – Ostatnio strasznie charczesz. Prawie tak, jak Lord Vaduś.

***

Wieczorem the Dark Master postanowił zabrać się za antidotum dla Hagrida, jednak przypomniał sobie, że miał dzisiaj wpaść do Dumbledore’a.
- Ciekawe, co tym razem wesoły staruszek ma mi do powiedzenia – mruknął do siebie Snape, powiedziawszy kamiennemu gargulcowi hasło.
Po chwili stanął przed wielkimi, dębowymi drzwiami, zapukał i czekał na odpowiedź. Kiedy ta nie nastąpiła, pchnął drzwi i nieproszony wszedł do środka.
Wnętrze było takie, jakim je zapamiętał. Jakieś tandetne blaszane zabawki na półkach, mnóstwo mało przydatnych książek na półkach (bo czy można było nazwać książkę interesującą, jeśli nie było w niej ani słowa o czarnej magii bądź eliksirach?), na żerdzi ten wyleniały ptak… Ale samego Dumbledore’a ani śladu.
Snape usiadł na fotelu stojącym przed biórkiem. Od razu rzucił mu się w oczy plik papierów leżących na blacie. Z uczuciem tego, że nie powinienen robić tego, co miał zamiar robić, przeczytał pierwszy akapit. Był to list podpisany przez frau Andree:

„Drogi Albusie!
Piszę do Ciebie w bardzo pilnej sprawie. Tydzień temu otrzymałam pilną depeszę z Albanii, jakoże mam się zgłosić do banku Gringota w celu odebrania specjalnej przesyłki. Nie chciałabym ci mówić, co zawiera owa przesyłka, w obawie, że list mógłby się dostać w niepowołane ręce, ale wobec tego mam prośbę: czy mógłbyś ją odebrać w moim imieniu? Wiesz, że ostatnimi czasy nie miałam możliwości wyjeżdżać z kraju, a…”

- Witaj Severusie! – odrzekł nagle jakiś głos za nim.
Snape w jednej chwili stanął na nogach i obrócił się. Stał tam Albus D. w całej swojej, nieco dziwacznej okazałości. Dzisiaj miał na sobie szatę w kolorze żółto-zielonym i przypominał w niej nieco niedojrzałego banana. The Dark Master stał z nieco zmieszaną miną w swoim miejscu, dopóki Dumbel nie usiadł za biórkiem.
- Widzę, że postanowiłeś mnie odwiedzić – powiedział dyretkor zbierając wszystkie papiery porozrzucane na swoim biórku jednym skinieniem różdżki i umieszczając je w jednej z szufladek – Bardzo jestem rad, że przyjąłeś moje zaproszenie. Może rogalika? Wyglądasz ostatnio nieco mizernie… – rzekł profesor z troskliwą miną.
Pomijając fakt, że Dumbledore powtarzał to Snape’owi od kilkunastu lat, Miszcz zdziwił się, że dyrektor do tej pory nie zaproponował mu niczego innego prócz rogalików.
- Dziękuję, ale mam uczulenie na …eeer…. drożdże, tak.
- No trudno – odparł staruszek, wpychając sobie kilka rogalików do otworu gębowego, a gdy zdołał je połknąć, kontynuował: – Severusie, zaprosiłem Ciebie w moje skromne progi, bo chciałbym powierszyć Ci specjalne zadanie. Dotyczy ono bezpośrednio pewnej przesyłki, którą dostałem w sierpniu, od mojej kuzynki, Anderee…
Snape przypomniał sobie o nieprzeczytanym liście i spłonął bladym rumieńcem.
- …Muszę zaznaczyć, że jest ona dla niej bardzo ważna i nie mogę dopuścić do tego, by dostała się w niepowołane ręce (Snape spłonął jeszcze bardziej bladym rumieńcem).
- Tak więc… czy mógłbym cię prosić, byś pod moją nieobecność zajął się ową przesyłką? Muszę na parę dni opuścić szkołę, a nie chciałbym, bym po swoim przyjeździe zastał tutaj niemiłą niespodziankę. Musisz wiedzieć, że wybrałem właśnie ciebie, ze względu na zaufanie, jakim Cię darzę.
Snape tym razem spłonął szkarłatym rumieńcem, kiedy Dumbel wspomniał o zaufaniu wobec niego… Chociaż nikt więcej nie odważyłby zaufać byłemu śmierciożercy, Dumbledore dał mu drugą szansę, a teraz wyznacza mu takie zadania… To takie… wzruszjące… I nie myśląc wiele, Snape rzucił się Dubledore’owi w ramiona.
- No, już dobrze kochany, spadaj, bo jeszcze ktoś zobaczy – powiedział Dumbel, wydmuchując nos w chustkę w miotły oraz znicze i podając ją Severusowi. Ten grzecznie odmówił i wyjął swoją – w Mroczne Znaki.
- Więc… przesyłka, oto ona – oświadczył Albus wyciągając misternie rzeźbione pudełko niewielkich rozmiarów i kładąc je na środku biórka. – Oczywiście jest chroniona wieloma klątwami, ale co to dla takiego znawcy jak ty!… Oczywiście mam do ciebie pełne zaufanie i jestem pewien, że nie będziesz próbował otworzyć skrzynki, gdy mnie nie będzie…
- Tak, jasne – odrzekł Snape wpatrując się chciwym wzrokiem i czekając na moment, gdy zasiądzie z pudełkiem sam na sam w swoim gabinecie…
- No, na mnie już czas, sprawuj się mi tutaj dobrze, aha, i nie męcz jutro za bardzo Harry’ego… Wiesz, że będzie w przyszłości potrzebny do bardziej szczytnych celów niż czyszczenie posadzki – zakończył rozmowę Dumbel, po czym uchwycił za ogon swojego ptaka (bez skojarzeń), po czym z głośnym trzaskiem eksplodował. W każdym razie po chwili w gabinecie nie było już nikogo.
- Poszli już? – spytał jakiś głos ze ściany – Świetnie, wreszcie chata wolna, Franek, wołaj Zbyszka na imprę…
- Zamknij się Fineasie i lepiej odwiedź okulistę – rzekła przez zaciśnięte zęby czarownica z prawej.
- Och… – rzekł speszony Nigellus, dopiero teraz ujrzawszy Severusa – Żegnam pana, panie szanowny… Jakcitam.
- Co za brak kultury! – wykrzyknął profesor Dippet, ale odpowiedzi Snape już nie usłyszał, bo zatrzasnął z impetem drzwi i skierował się do swojego lochu, by zająć się tajemniczą szkatułką… Czego Dubledore nie widzi, to go nie uboli… Błehehe;)

Zmiany

9 komentarzy

Zauważyłam ostatnio z przestrachem, że staję się coraz bardziej ironiczna, przez co wyparowuje powoli gdzieś do atmosfery moja emocjonalność… Dla mniej rozgarniętych, bądź też nie nadążających za trybem mojego skomplikowanego myślenia mówię jaśniej: Agata K., zwana dalej oskarżoną w sprawie pogwałcenia kodeksu prawnego, staje się coraz bardziej… obojętna (szukałam tego słowa przez jakieś pół godziny – doceńcie to i przeczytajcie tą notkę w całości). Obojętna na wszystkie sprawy, które nie dotyczą jej własnego tyłka (co bardziej delikatni powinni zasłonić w tym momencie oczy i uszy)a co gorsza… kompletnie zniesmaczona otaczającym ją, cholernym światem (można już spokojnie oddychać… Więcej obscenicznych scen nie będzie). Pytam się: Co się tutaj do jasnego czarta dzieje??? Wokoło biegają ludzie, z którymi nie mogę zawiązać kontaktu wzrokowego, a co dopiero psychicznego… Po prostu nie rozumiem niektórych ludzi, a raczej ich postępowania. Jak można w tym kierunku prowadzić swoje życie? W stronę przepaści duchowej i samego dna społeczeństwa? No dobrze, może trochę przesadziłam, ale sami potwierdzicie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby Rona prefektem… To było primo, teraz przejdę do secuno.
W sprawie prowadzenia tego bloga (ależ nie martwcie się, na wasze nieszczęście nie zamierzam go zlikwidować). Dotychczas pisałam o moim życiu materialnym, że tak to ujmę… Od tego momentu zaczynam pisać o tym, co się gromadzi w głębi mojej duszy (to zabrzmiało jak grom z jasnego nieba wymierzony w bezbronną owieczkę). Nie zamierzam zwracać uwagi, czy ktoś to czyta, czy nie, acz wszelkie komentarze są bardzo pożądane… Będę wiedzieć, że rozumiecie o czym ja tutaj wam nawijam;) Natomiast jeśli nie zrozumiecie… No, o tym też się dowiem;) Ja was absolutnie rozumiem… Też bym się bała czytać zapiski obłąkanej Agaty K., zwanej dalej oskarżoną.
Wsuwajcie>>

…by naskrobać nową notkę! Tak, tak, wiem, że sporo czasu upłynęło od dodania ostatniej, ale i tak wiem że co NIEKTÓRZY (yhym) i tak nie zdobyli się na jej przeczytanie, za co absolutnie nie mam do was żalu (sama bym tego chyba nie zrobiła:p). Więc – aby nie rozwlekać wstępu przejdę do krótkiego opisu wydarzeń począwszy od 25 lipca, kiedy to trafiłam na oddział (psychiatryczny:P) szpitala w Zdrojach. Ta jest… Okrąglutkie cztery tygodnie, w ciągu których wynudziłam się za wszystkie czasy i – nie bijcie! – zaczęłam pasjonować się losami bohaterów telenoweli „Gorzka zemsta” (TVN, od pon-pt o 15:30).
Po jednodniowej wizycie w Międzyzdrojach z mamusią wybrałam się na 4 dni do Świętouścia (czy Świętoujścia…:P nie mam pojęcia). Możnaby w skrócie napisać: ciężka praca, plażowanie i próby stworzenia planu pracy dh (zresztą – i tak nieudane:P). Obcnie od 25 sierpnia siedzę w Szczecinie, a za chwilę jadę do mojej cudownej, pięknej i skromnej (no co, w końcu nie codzień kończy się 15 lat:)) koleżanki Ani na urodziny…
Kończąc ten, w sumie krótki jak na mnie wywód, dodam, iż ostatnimi czasy dostałam bzika na punkcie wszelkich teorii dotyczących zdrady Snape`a(tyczy się to Half-blood Prince`a:). ALe ja wciąż wierzę, że on tak naprawdę jest po dobrej stronie mocy. Jeszcze zobaczycie:D
Aloha!
Ps.: Następna notka będzie – na pewno! – zupełnie inna…

Nie potrafię pisać o czymś co mnie smuciło, kiedy mam dobry humor (czyli prawie zawsze:P), więc po prostu nie będę tego robiła. Co nie znaczy, że nie napiszę tego, co już dawno miałam u umieścić. To tak a`propos wstępu do baaardzo długaśnej, poobozowej notki. Aby niczego nie pominąć i by wszystko było w ładzie i składzie będę pisać wg dni, zaczynając na 3 lipca, a kończąc na 21 – dniu przyjazdu:)

3 lipiec – opuszczamy Szczecin

Zbiórka na peronie o 20:30. Zawsze w takich chwilach czuję radość, bo, nie ukrywając, lubię dalekie podróże w nieznane:) A tym razem celem wyjazdu miały być Góry Świętokrzyskie, dokładniej Suchedniów(ul.Partyzantów…eee? Coś koło 21). Wpakowaliśmy się do przedziału, a o całą podróż możnaby podsumować w jednym słowie: spokojna. Nie wydarzyło się nic niezwykłego, nikt nie wyleciał przez okno (a szkoda…), chociaż w przedziale obok dzieciaki miały odpały po Princessie cytrunowej:P

4 lipiec – przyjazd do Suchedniowa

Gdzieś koło 8:00 wpakowali nas w 3 atokary i za jakąś niecałą godzinkę byliśmy na bazie (ja straciłam w pewnym momencie poczucie czasu:P). Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że nasz oboz składał się z DWÓCH podobozów:P No coż, nie podobało mi się to zbytbio, ale coż miałam do powiedzenia:P Potem cały dzień chodziłam bezdomna, bo brakowało namiotów na naszym (górnym) podobozie, a ze nie było co do roboty, to nosiłam kanadyjki, koce i materace (naprawde, bardzo ciekawe zajecie:P). Popołudniu przydzielono nam w końcu wspaniały, podziurawiony namiot(wspomnę, że był to NS, z reszta nie było innych, dzieki Bogu).

5 lipiec – ognisko obozu

Od rana na całym obozie trwała pionierka, wiec nie było specjalnie czasu na zapoznawanie sie z innymi druzynami… Niewiele pamiętam z tego dnia, oprocz ogniska:P Tak, zbytnio oryginalne nie bylo, kazda druzyna miala pokazac sie od jak najlepszej strony, wiec najpierw Klaudia z Pyska zatanczyly, a potem cala druzyna puszczala słit uśmiechy do wszyskich:) Oczywiscie ja i Kaska tak sie ustawilysmy zeby puszczać cizziory do kameleona:) Eh, nie zapomne tego wzroku Moniki Dzwonkowskiej:D:D:D

6 lipiec – wycieczka druzyny

Troszke nam nie wyszla, bo mielismy dojsc do Bramy Piekielnej, ale zgubilismy sie i musielismy zawracac:P W sumie doszlismy …eee, no gdzieś doszlismy(taaak?:) i po drodze do obozu mielismy troche czasu w Suchedniowie. Nic nie kupowalam, bo nie zdarzylam do Biedronki. A tylko tam robie zakupy (codziennie niskie ceny!)

7 lipiec – olimpiada

Z tego dnia jedyne co zapamietalam to olimpiada:) A przede wszstkim jak kibicowalysmy Daffidkowi przy kapkowaniu:) I jak z nim rozmawialysmy:) Ooo… No a potem poszlam do Kaski zeby jej pomoc przy jej konkurencji (czyli skakanie na skakance na czas) i oczywiscie ostatnia przyszla 4dh:) Co za zbieg okolicznosci:P

8 lipiec – wycieczka obozu

Pierwsza obozowa wycieczka:) Na poczatku zobaczlismy slynny dąb Bartek:P Bardzo dudy dęb:P Potem zwiedzilismy jaskinie Raj. Przyznam ze nigdy jeszcze nie widzialam na zywo takich wspanialych stalaktytów i stalagmitów… Normalnie marzenie, pomyslec, ze kiedys zyli tam jacys prehistoryczni ludzie. Oczywiscie byla tam tez kobieta, ktora gadala cos o jakis czajniczkach i słonikach, ale i tak najlepsze bylo jak druzynowa 45 spytala ja o cos, co dotyczyło jaskini, a ta ja olala:D Następnie ruszyliśmy szturmem na zamek w Chęcinach (w którym podobno starszy Biała Dama, ale my to już znamy:P). Wspieliśmy sie na wieze (dodam, ze schody byly bardzo strome:P:P:P), z ktorej roztaczaly sie WIDOKI:P W sumie myslalam ze to bedzie wyzej (patrz: latarnia morska w Świnoujsciu=)… Juz prawie pod koniec wyjechalismy do skansenu, czyli muzeum na swiezym powietrzu (cos w stylu Biskupin). Skansen mial przypominac wies w ktorymstam wieku(no coz, troche chyba to nie wyszlo: juz przy wejsciu stragany z pamiatkami:P). W sumie nie bylo tak zle, moglo byc nawet fajnie, gdybysmy spedzili tam troche wiecej czasu i nie byli tak bardzo zmeczeni:P Tak juz zupelnie na koniec pojechalismy na pol godziny do Kielc, gdzie zakupilam mleczko w tubce:) I jeszcze nielegalnie fantę lemonic, ale o tym ciiii…:) A, i jeszcze trzeba wspomniec o Sylwii, ktora dostala ataku astmy, przez cos 3 dziewczyny spoznily sie z jakies 20 minut:P I jak sie potem okazalo kochana Sylwia miala przez caly czas inchalator w plecaku(no coment). Dzisiaj miała się też odbyć nocna gra moja i Karoliny, tyle,ze Kamila nie zglosila tego wczsniej i rozlozone juz punkty musialysmy znowu zbierac:P Ale i tak było fajnie:D Szczególnie jak Czesiu przyszedł i powiedział: „Koniec imprezy, do namiotów:D” Lol:)

9 lipiec – chrzest

Ehem, oczywiscie nie uczestniczylam w nim:P No coz, starosc tez radosc:) Ale za to wcielilam sie w role diableka i bilam niegrzeczne dzieci galazkami po nogach:) Biedny Filipek… Popoludniu Dinogra… Wieczorem kominek archeo, który nie byl tak naprawde kominkiem tylko pokazem mody jaskiniowej:) W sumie bardzo ciekawie to wyszlo:)

10 lipiec – wycieczka do Wąchocka

To byl chyba dzien ktory zapamietala najlepiej z calego obozu:P Pojechalismy do Wachocka, malego miasta, ktory bardziej przypominal wies, a do stolicy polskiego humoru to na pewno mu duzo brakowalo:P No ale twardo idziemy do klasztoru cystersow, a tam kto nas wita od progu? BRAT MARIAN:) Tak, wiec zaczelo sie oprowadzanie po (dlaczego on jest taki ogromny???) calym budynku… Kiedy bylismy w tym miejscu gdzie medytowali, to myslalam ze usne… Ale nie to bylo najlepsze. Pomijajac, ze polowe tego co gadal brat Marian wogole nie zrozumialam i to, ze co 2 zdanie mowil:”tego nie znajdziecie w zadnym przewodniku! To wiem tylko ja!” to na dodatek nosil jakis prehistoryczny, lekko
pożółkły plaszcz, ktory smierdzial jakby przed chwila zostal wyciagniety ze smietnika, nie mial polowy zebow i wygladal tak, jakby ostatni raz sie myl kilka lat temu:P Taaak… Wiec Wąchock bede pamietac glownie nie z kawalow, tylko z brata Mariana(ktory na koniec dal nam jeszcze swoje wizytowki:)). Potem mielismy troche czasu w tej miescinie… I z powrotem do Suchedniowa…

11 lipiec – Katarzyna przyboczna

Tak, ten sznur powinnien do niej nalezec od dawna – w przeciwienstwie do mnie, jak to zaznaczyla:P

12 -14 lipca – Wędrówka

Wyruszlyliśmy na nią z pewnym opoznieniem, bo musielismy czekac na… No, niewazne, w kazdym razie mielismy jechac do Nowej Slupi i z tamtad isc do Bodzentyna, ale nie bylo juz niestety autobusu i postanowilismy isc w przeciwna strone… W trakcie czekania na PKSa kupilismy sobie pyszne, jeszcze cieple jagodzianki:) No dobra, podjezdza nasz pojazd, a w srodku kto??? Kameleon:) Wiec dojechalismy do Bodzentyna, gdzie obejrzelismy wspanialy zamek (a wlasciwie to ruiny tego zamku, ale mniejsza o to – i tak byl piekny:) No i zaczelo sie wchodzenie pod gore… Jak bylam w polowie to naszla mnie mysl zeby zawrocic i pojechac do obozu… Ale jakos wtaszczylismy sie pod te gore. Potem szlo juz troche lepiej, bo nie bylo tak goraco, ogolnie trasa ladna, wiec nie bylo problemow w dostaniu sie do źrodla św. Franciszka, gdzie (w końcu!) się wymylismy:) Och,… Jak to dobrze znowu byc czystym:) Pod wieczor zeszlismy do miasta pt. Św. Katarzyna, gdzie nocleg zalatwila nam 4dh:) (Kameleon? Znowu??:D). I tak skonczyl sie pierwszy dzien wedrowki…
13 lipca ruszylismy rano na podboj Łysicy, Łysej Góry i Św. Krzyża:) Tym razem trasa byla ciezka, bo po drodze pietrzyly sie stosy kamieni (na jednym z nich prawie nie skrecilam nogi, ale mniejsza z tym:) Takie zwaliska nazywaly sie Gołoborza, a najdokladniej mozna je bylo zobaczyc ze szczytu Łysej Gory:) Tam Kamila oglosila alarm mundurowy i juz w mundurach ruszylismy na Świety Krzyz:) Oczywiscie pewnien ksiadz byl tak mily i pokoazal nam relikwie Krzyza Swietego… No, a po wyjsciu z kosciola(bazyliki?klasztoru?) dwie dziewczyny – Klaudia i Karolina dostaly krzyze:) Wieczorem zeszlismy do Nowej Słupii, gdzie pewna pani pozwolila nam przenocowac na jej podworku.
14 rano obodzilam sie, bo kolo naszych namiotow lataly kury, gesi i inne takie male zwierzatka. Szybko spakowalismy sie i ruszylismy na PKSa do Kielc. Stracilam 2 godziny na jakies denne muzemu (nigdy nie chodz do muzeum w Kielcach:P), no ale przynajmniej zjedlismy pizze w telepizzy:) (wreszcie jakies normalne sniadanie! – Konrad:P). No i oczywiscie powrot na baze… I od razu sluzba:)

15 lipiec – Chatka robinsona

Tak z nocy to pamiętam jeszcze jak mialam warte z Karolina Szczypiorska… No a popoludniu dzieciaki wychodzily na chatke… Klaudia i Pyśka tez mialy wyjsc, ale musialy przyniesc banniaki z woda… Tylko problem byl taki, ze nikt nie chcial im pomoc, wiec musialy czekac, az ja z Kaska skonczymy swoja 3 warte i im pomozemy:P I jak juz wszstko skonczylysmy to bylo troche pozno… W sumie przyznam, ze na obozie bez mlodszych bylo super:) Najlepepsze, jak na kolacji jumalismy ze stolu dzemy i serki do kosmetyczek:) (Nikt nie patrzy? To chowaj ten dzem do kosmetyczki!:D).
Wieczorem poszlismy zaniesc chatkowiczom jedzenie… Szybko znalazlysmy chatke dziewczyn, w ktorej przebywal nielegalnie Adam i w ktorej brakowalo Karoliny:P No dobra, szukamy chlopakow, po drodze mijamy wszystkie chatki 33… Po nieudanych poszukiwaniach chcemy wrocic do obozu… Wiec idziemy sobie z Pyska i Kaska taka fajna biała droga, a tutaj z naprzeciwka nadjezdzaja dwa biale motory…:o Kasia wpadla na pomysl, zeby schowac sie za drzwo, wiec wszystkie 3 w krzaki… Kiedy pojechaly dalej, my wychodzimy i spoko – idziemy dalej. Ale nagle co sie dzieje? Motory zawracaja! No to zlapalysmy niezlego stracha i zaczelysmy uciekac, a motory za nami… Jak juz byly tuz,tuz to ladujemy sie w krzaki, ja oczywiscie zarobilam 2 gleby:P (moze to i dobrze, bo nie wiadomo co by sie moglo stac…). Cale roztrzesione siedzimy w tych krzakach, 5 minut, 10 minut… Nagle warkot motorow… W koncu wyszlysmy z tych krzakow po pol godzinie i sprintem do najblizszej chatki… A potem co sie okazalo? Ze chlopaki mieli chatke zaraz obok dziewczyn! :/:/:/

16 lipiec – Chatka c.d. i pląsawisko

Przed poludniem musielismy zaczac sciagac ludzi z chatki, poniewaz zaczelo padac… Nie wiem w czym to przeszkadzalo, bo sama zdalam chatke w Pajaku, gdzie tez padalo z pol dnia:/ Kiedy przybylismy z pomoca spotkalismy juz u naszych ksiedza Waldka:P I jeszcze mialysmy blizsze spotkanie z krowa, ktora sie wybrala rano nad rzeczke:P Wieczorem bylo pląsawisko i zabawa, ktora najbardziej zapadla mi w pamiec „Let me see you..” :) I pokazywalismy wszystkich po kolei, w tym Sylwie i Konrada po 3 i 4:) aha, i jeszcze tego dnia polowa druzyny zaczela zdawac na milczka… Do konca dotrwala tylko Karolina C.:)))

17 lipiec – wyjazd Żaby

Rano odbyly sie warsztaty rzezbiarskie… Takie tam robienie bransoletek z drutow i rzezbienie roznych przedmiotow z gliny… Popoludniu zajecia z samarytanki moje i Klaudii oraz symulacje… Wyjechała Żaba i wtedy sie zaczelo…

18 lipiec – Festiwal

Rano, jak moglam sie domyslic zaspalam na odprawe (to wszystko przez zle nawyki w ciagu roku szkolnego! Czyli wstawanie na 7:30:P… No, niewazne). Kaska dostala opiernicz, ale potem wyjasnilam co nieco… Wiec mialam czyste sumienie, niezaleznie czy to co powiedzialam obchodzilo ich czy nie:P No, przed poludniem przygotowania do festiwalu, czyli wałkowanie piosenki „Zielona miłość”, ktora i tak nam nie wyszla:P Za to dziewczyny zatanczyly niezle, za co otrzymalismy pierwsze miejsce:) Szkoda tylko, ze Grzesiu nie chcial zatanczyc:( Ale i tak wymiata Czesiu i jego piosenka… „Lesiu, ty dresiu…”:D:D:D… Oraz taniec brzucha Daffidka:) Wieczorem odbyla sie dyskoteka… Stanowczo za krotka i jak dla mnie muzyka nie taka… A w nocy ścieżka duchów, ktora miala byc straszna, ale cos chyba nie wyszlo:P I tak bylo najlepiej po sciezce, kiedy sobie chodze kolo namiotow, a tak sobie siedzi jakis facet to ja:”Kto to?”, a on nic, wiec swiece w niego latarka, a on sie poderwal i do lasu! :O Wogle jaki stres… To ide z tym do warty (wtedy miala akurat 4…), a oni mi poradzili, zeby isc do instruktora… Ehem, zaczelo sie budzenie Janka, ktore trwalo z 15 minut:P (nastepne 15 minut trwalo wytlumaczenie mu o co chodzi:)). Poszlismy do Anety, zeby jej wytlumaczc o co chodzi, a ona poszla ze mna na podoboz… No i w ten sposob gadalam sobie z Aneta i warta do 2 w nocy…:) Ale byc moze dzieki mnie nic tej nocy nie podwedzili z obozu… Amen.

19 lipiec – Bieg harcerski

Dolaczlylam sie do zastepu I Wegielki… Ogolem bieg byl dosyc ciekawy, acz nie rewelacyjny… Zajelismy 4 miejsce, przez co dostalismy kokosa:D Spoko kokos:) Popoludniu zajecia o odpowiedzialnosci… To co mialam powiedziec, powiedzialam. Wieczorem ostatnie podsumowanie obozu… I juz poznym wieczorem (ostatniego dnia cisza nocna zostala ogloszona o godzine pozniej:)) kolka dwa razem z 33, 65 starsza i 4… Milo bylo, ale sie skonczylo:(

20 lipiec – Ewakuacja i wyjazd

W sumie polowa mnie chciala juz stad wyjechac, a druga polowa chciala zostac jeszcze pare dni… No ale nie bylo rady – trzeba bylo wyjezdzac. Po spakowaniu sie siedzielismy do 16 „na bagazach”… Potem autokarami do Kielc i juz w pociagu… Maly incydent w dotyczacy przedzialow… Tak, w pociagu dzialy sie rozne rzeczy, ale przez wzglad na inne osoby, ktorym mogloby sie to nie podobac, nie opisze tego:)

21 lipiec – Przyjazd

Po dlugiej, nieprzespanej nocy, w koncu przyjazd do Szczecina…

Nie chcialabym po tym obozie zaczynac niektorych spraw od nowa… Ci do ktorych sie to tyczy wiedza o co chodzi… Moze nie wszystko zostalo wytlumaczone, ale ja nie zamierzam juz tego robic. Na koniec, chcialabym od siebie przeprosic wszystkie osoby ktore urazilam, w szczegolnosci Martynę i Katarzyne. To by bylo na tyle. Na koniec jeszcze, zeby nie zapomniec, dobre teksty, ktore MI zapadly w pamięć:
oczywiscie:”Przyboczny Janku, dlaczego tak kurzysz?” i jeszcze lepsza mina Janka, jak to zobaczyl w pamietniku Karoliny:D,
„przyjaciele lalasu”,
„kamień baczność”,
„znam ludzi z kamienia”,
„dzieci lubią misie, miś po flaszkę leci”
„Śmierdzisz jak brat Marian z Wąchocka!”:):):)
No dobrze, to juz koniec tej dlugasnej notki:) Ale moge wam obiecac, ze za rok bedzie jeeeszcze dluzsza:) I nie napisze nastepnej, dopoki wszyscy tego nie przeczytacie!!! ALOHA:*

Więc… mam już nowy fryz. Całkiem nowy fryz…:P Jak ktoś chce zobaczyć, to niech przyjdzie jutro o 20:40 na Dworzec Główny PKP i szuka dziewczynki z czarnym plecakiem na stelażu wokół której biegają inne rozchichotane dziewczynki:P No dobra, wiem że pięknie wyglądam i że wam się podobam jeszcze bardziej (OCH! ACH!), no ale nie popadajmy w przesadyzm:) Tak, to o czym ja miałam… Aha, o obozie oczywiście:) Bo to już JUTRO wyjazd:):O Boże, jak ten czas szybko leci: niedawno był Gryf, potem poprawianie ocen… A teraz już wakacje:) No cóż… Mam wielką nadzieję że jutro się wrobię z pakowaniem i zakupami(jeszcze nigdy się nie pakowałam w dniu wyjazdu… super:P) no ale jak nie to najwyżej mamusia mi przyśle:) Jasne, jasne:P
No, a mówiąc już tak na poważnie… To właściwie nic więcej nie mam do powiedzenia:) Do zobaczenia wszystkim za 2 i pół tygodnia!!! Nie tęsknijcie za mną za bardzo! Kartek raczej nie wyśle, bo nie będę na poczcie, ale mogę wam przywieźć jakieś skamieniałości z Gór Świętokrzyskich jak ładnie poprosicie:) Buziaczki moje pysiaczki:*:*:*

Tak, tak, tak, w końcu nadchodzi taki moment, że wyruszamy ostatni raz do szkoły, gdzie otrzymujemy od myster Dżej-dżeja świadectwo ukończenia 2 klasy, wysłuchujemy (zupełnie nie słuchamy – niepotrzebne skreślić:P) co ma nam do powiedzenia, no a potem… Opuszczamy budę (*pozwolę tutaj sobie na użycie tego aroganckiego słowa:P) na ponad 2 miesiące… Och tak, tak, wakacje są mi potrzebne już od dawna:):):) Holidej, Zomerferien, czy jak to się nazywa, wszędzie i o każdej porze pięknie brzmi:D A co do obcych języków, to wyruszam jutro na podbój Niemiec, czyli Bundesrepublik Dojczland:) Choć może wolałabym spędzić ten cenny czas NIE w towarzystwie rozwydrzonych, zniemieszczonych dzieciaków i NIE w „nowej i piękniej” szkole mysys Gryyyn:P No cóż, może pani dyrektor wzbogaci w jakieś atrakcje nasz pobyt w jej cudownej placówce:) Na szczęście nie dałam się wkręcić w polonezy, krakowiaki, ani żadne Rotkepśeny czy Jaśki i Małgośki co do Małgośki…”To był maj, pachniała Saska Kępa, szaloooonym zielonym bzeEEEm…”).
Aha, teraz będzie konkurs audiotele, w którym wszyscymacie obowiązek wziąść udział, w przeciwnym razie zastosuję wobec wam przemoc fizyczną i psychiczną:p
UWAGA, UWAGA! ACHTUNG, ACHTUNG!
Szanowna pani Agata K., zamierza w najbliższym czasie dokonać rewolucji na swojej głowie, co oznacza dla was – jej najbliższych współpracowników:P iż macie doradzić jej przy wyborze fryzury. Wybierajcie starannie – od tego może zależeć wasza przyszłość:P Do wyboru macie trzy rodzaje, zaproponowane przez naszych specjalistów. A więc oto…

FRYZURA NAMBER ŁAN

big05.jpg

Oto przed państwem najnowszy pomysł Zbyszka Kudłatego:) Pani ma po bokach głowy znaki zostawiane czasem przez obiekty niezidentyfkowane na polach, a na czubku wyrachowanego irokeza, przypominający do złudzenia koguci grzebień. Przeciwskazania: fryzura nieodpowiednia na koncert hip-hopowy.

FRYZURA NAMBER TUU

big01.jpg

Nasza kolejna pani ma na łbie fryzurę a`la Majkel Dżekson po wyjściu z więzienia… Z głowy wyrastają jej malownicze robaczki w kolorze włosów mysys Stępień:P Fryzura przydaje się głównie do łowienia ryb (bardzo skuteczna, z tego powodu, że można nałożyć dużą ilość spławików za jednym razem). Przeciwskazania: fryzura niepraktyczna przy pływaniu w jeziorze bądź rzece – do włosów mogą się przypadkiem przyczepić jakieś wredne szczupaki:P).

no i FRYZURA NAMBER FRI

big01_2.jpg

Nasza pani modelka Zosia Gruchała miała widocznie jakiś problem po kąpieli w morzu Bałtyckim, bo w jej włosy zaplątało się parę glonów z rodziny krasorostów… Wiemy, że to było dla niej bardzo bolesne przeżycie, w szczególności, kiedy odkryła, że wśród glonów kryły się pijawki krawawe… No, ale sytuacja została opanowana, a pani Zosia jakoś zgodziłą się pozować do zdjęcia. Włala!

No, to by było na tyle:) Wybór należy tylko do was:) Więc…
Jeżeli głosujecie na kandydatkę nr1, to napiszcie w komenatrzach:”Głosuję na kandydatkę numer 1, ponieważ…” (w miejsce kropek proszę o podanie uzasadnienia:P). Analogicznie do pozostałych kandydatek:) Jeśli macie jakiekolwiek problemy ze zrozumieniem regulaminu konkursu, proszę skonsultować się z moją sekretarką:)

No, i to by było na tyle, zgłaszam się do was jeszcze z taką prośbą: czy ma ktoś może jakieś płyty punk-rockowe??? Jeśli tak, to bym pożyczyła na jakiś czas, bardzo bym was koffała moje misiaczki najdroższe:*:*:* Aha, jaki już z resztą zauważyliście ta notka nie jest krótka, ani też treściwa (a od teraz tylko takie będę pisać… Prawda, że się cieszycie??:D:D:D). Więc zastanówcie się parę razy, zanim zechcecie nowej notki…:]
Aloha, miłych wakacji!!! (to już za pięć dni, ale nie zaszkodzi wcześniej was uprzedzić, żebyście może przypadkiem nie zapomnieli…).
I najważniejsze:
JEŻELI NIE MACIE ZAMIARU PRZECZYTAĆ TEJ NOTKI, TO JEJ NIE KOMENTUJCIE!!!
Aloha moi kochani:)
O cholera, chyba rzeczywiście trochę przesadziłam dzisiaj…


  • RSS